— Ostatnio ciągle jesteś spięta i rozdrażniona. To Sylwester, trzeba się cieszyć, a ty tylko narzekasz.
— Zacznę się cieszyć, kiedy będę mogła choć na chwilę usiąść i wyprostować nogi — odparła ostro, wciskając mu w ręce stos talerzy. — Tylko ich nie upuść. To odświętny serwis. Jeśli wyszczerbi się choć jeden, twój ojciec zje mnie żywcem.
Kilka razy przeszli z kuchni do salonu i z powrotem. Stół stopniowo znikał pod potrawami, z których każda wyglądała jak zdjęcie z eleganckiego magazynu kulinarnego. Tego wieczoru Marta naprawdę przeszła samą siebie: sałatka z jajkami przepiórczymi i chrupiącymi ziemniakami, idealnie przejrzysta galareta z ozorków, rumiane paszteciki z kapustą, domowy schab pieczony pod pachnącą musztardową skórką. Pośrodku pyszniła się wielka kaczka nadziewana jabłkami i suszonymi śliwkami, lśniąca od sosu, złocista i chrupiąca.
Marta cofnęła się o krok i spojrzała na rezultat swojej pracy. Jedzenia wystarczyłoby na niewielkie wesele.
— Całkiem nieźle — mruknął Paweł, ukradkiem porywając plaster pieczonego schabu. — Przyniosłaś koniak? Ten drogi, który kupiłem w ozdobnym pudełku?
— Tak. Stoi na komodzie obok kieliszków. Pawle, muszę ci coś powiedzieć…
Podeszła bliżej i ostrożnie dotknęła jego ramienia.
— No?
— Mam wrażenie, że twój ojciec jest dziś wyjątkowo nerwowy i czepia się wszystkiego. Proszę cię, jeżeli znowu zacznie rzucać uszczypliwe uwagi, nie milcz. Stań po mojej stronie choćby jednym zdaniem. Jestem wykończona. Chcę po prostu spokojnie usiąść, zjeść i przywitać Nowy Rok jak człowiek.
Paweł odwrócił wzrok.
— Nie przejmuj się nim. Tata się denerwuje, bo zależy mu, żeby wszystko wypadło idealnie. Jest starej daty. Nie bierz tego tak do siebie.
— Trudno nie brać do siebie, kiedy robi się ze mnie darmową kucharkę, a później traktuje to jak naturalny porządek świata. Przecież widzisz, co się dzieje, prawda?
— Och, tylko nie zaczynaj — wysunął rękę z jej dłoni. — Goście zaraz przyjdą, a ty masz minę, jakbyśmy szykowali stypę. Uśmiechnij się lepiej.
W przedpokoju zadźwięczał dzwonek. Twarz Pawła natychmiast się odmieniła. Pojawił się na niej promienny, gościnny uśmiech.
— To oni! Idę otworzyć!
Marta została przy zastawionym stole. Gdzieś głęboko w niej zaciskał się powoli zimny węzeł niepokoju.
Goście weszli do mieszkania głośną grupą, wnosząc zapach śniegu, mroźne powietrze i ciężką woń męskiej wody kolońskiej. Bogdan Wysocki był wysokim, masywnym mężczyzną o zaczesanych do tyłu włosach i donośnym głosie. Jego żona, drobna i przygarbiona starsza pani, wspierała się na lasce. Trzecim gościem był Witold, syn dawnego znajomego Henryka — około czterdziestoletni mężczyzna o stale zaciśniętych ustach i minie człowieka, którego wszystko odrobinę brzydzi.
Henryk wyszedł z sypialni niczym gospodarz eleganckiego przyjęcia. Miał na sobie nienaganny ciemny garnitur, a z kieszonki na piersi wystawała jedwabna poszetka.
— Moi drodzy, jakże się cieszę, że was widzę! Wchodźcie, szybko! — obejmował kolejno przybyłych. — Jak droga? Nie zmarzliście?
— Heniek, na chodnikach jest prawdziwe lodowisko! — zawołał Bogdan. — Ale dla twojego jedzenia dotarlibyśmy tu nawet na czworakach!
Marta stała przy drzwiach kuchni. Zdjęła już fartuch i poprawiła prostą, lecz elegancką granatową sukienkę. Liczyła, że teść przedstawi ją gościom albo przynajmniej zauważy jej obecność.
— Zdejmujcie płaszcze, kochani — dyrygował Henryk. — Pawle, pomóż gościom! A potem od razu do stołu, wszystko już gotowe. Cały dzień się starałem, tyle potraw przygotowałem!
Marta zamrugała kilka razy. „Cały dzień się starałem”?
Goście weszli do salonu. Na widok stołu Bogdan rozłożył ręce tak szeroko, że o mało nie uderzył w wiszącą lampę.
— No proszę! Henryku, to prawdziwa królewska uczta! Jaka galareta, jaka kaczka! Nie mów, że sam to wszystko zrobiłeś?
Henryk skromnie spuścił wzrok i wygładził serwetkę obok swojego talerza.
— A któż inny? Oczywiście wszystko domowe, przygotowane własnymi rękami. Dla bliskich przyjaciół niczego mi nie szkoda. Siadajcie, czujcie się jak u siebie.
Marta weszła do pokoju. Poczuła, jak gorąco uderza jej do twarzy.
— Dobry wieczór — powiedziała wyraźnie, celowo podnosząc głos.
Wszyscy odwrócili głowy, jakby dopiero teraz odkryli, że w mieszkaniu przebywa jeszcze ktoś.
— Ach, Martusiu, dobry wieczór — rzucił mimochodem Bogdan. — Ładnie wyglądasz, wypiękniałaś.
— Dziękuję. Panie Henryku — Marta spojrzała teściowi prosto w oczy. — Może pomoże mi pan przynieść sosjerki z gorącymi sosami? Te, które skończyłam przygotowywać pół godziny temu.
Henryk posłał jej chłodne, ostrzegawcze spojrzenie, lecz niemal od razu znów uśmiechnął się do gości.
— Naturalnie, moja droga. Zaraz się wszystkim zajmiemy. Wy tymczasem siadajcie.
Marta podeszła do Pawła, który bez wyraźnego powodu stał przy oknie i przestępował z nogi na nogę.
— Słyszałeś? — szepnęła. — Powiedział, że wszystko ugotował sam.
— Marta, po co łapiesz go za każde słowo? — syknął Paweł. — Tata chce zrobić dobre wrażenie na znajomych. Co ci to odbiera? Wszyscy rozumieją, że mu pomagałaś.
