Paweł usiadł na kanapie obok żony.
— Marta, myślałem całą noc. Miałaś rację. Powinienem był cię bronić.
— I co teraz?
— Teraz będzie inaczej. Obiecuję.
— Jaką mam gwarancję?
Paweł sięgnął do kieszeni i wyjął klucze.
— Wynająłem nam mieszkanie. Na razie na miesiąc. Spróbujemy zamieszkać osobno.
Marta spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— Naprawdę?

— Naprawdę. Mama była przeciwna, ale postawiłem sprawę jasno. Powiedziałem, że moja rodzina jest ważniejsza niż jej opinia.
— A ona co na to?
— Dużo mówiła. Za dużo. Ale to już nie ma znaczenia.
Marta wzięła klucze do ręki. Były małe, zwyczajne, chłodne od metalowego kółka, a jednak oznaczały coś ogromnego. Szansę na życie bez ciągłego wtrącania się teściowej. Możliwość budowania małżeństwa tam, gdzie nikt z boku nie będzie codziennie ustawiał ich pod ścianą.
— Paweł, a jeśli nam się nie uda mieszkać osobno? Jeśli zabraknie pieniędzy?
— Uda się. Będę brał dodatkowe zlecenia. Znajdę coś po godzinach.
Teresa weszła do pokoju z tacą.
— Herbata gotowa. Paweł, zjesz coś?

— Dziękuję, pani Tereso. Chętnie.
Matka Marty nakryła do stołu i rozstawiła talerze. Każdemu po równo, bez wyróżniania, bez odbierania, bez sprawdzania, kto jest bardziej „swój”.
— No to co? — powiedziała, siadając. — Będziemy świętować nowe mieszkanie?
Marta spojrzała na męża, potem na mamę, a na końcu na córkę, która z pełnym skupieniem smarowała kromkę chleba masłem.
— Będziemy — odpowiedziała. — Na pewno będziemy.
A następnego dnia mieli pojechać obejrzeć nowe mieszkanie. Ich własne, choć wynajęte, w którym nikt nie będzie przeliczał kawałków mięsa i dzielił ludzi na swoich oraz obcych.
Takie miejsce, gdzie przy jednym stole starczy przestrzeni dla każdego.