– Może powiedziała za ostro. Ale sama rozumiesz, mama całe życie ciągnęła naszą rodzinę sama. Ojciec wcześnie odszedł, wychowała mnie i brata bez niczyjej pomocy. Przyzwyczaiła się, że musi nad wszystkim panować.
– I co, teraz ja mam znosić tę kontrolę do końca życia?
Piotr usiadł na brzegu łóżka i ujął dłonie żony.
– Aga, nie kłóćmy się. Porozmawiam z mamą, wytłumaczę jej.
– Co jej wytłumaczysz? Że ja też jestem człowiekiem? Że mam uczucia?
– No tak. Powiem jej, żeby nie była taka opryskliwa.

Agnieszka pokręciła głową.
– Piotr, tu nie chodzi o opryskliwość. Chodzi o to, że twoja matka mnie nie akceptuje. I ty doskonale o tym wiesz.
– Pięć lat to za mało?! Ile jeszcze mam czekać?
Z kuchni dobiegł głos pani Haliny:
– Piotrek! Chodź jeść! Wszystko wystygnie!
Piotr podniósł się z łóżka.
– Chodź, zjedzmy spokojnie kolację. Potem porozmawiamy.
– Nie, dziękuję. Straciłam apetyt.

Mąż postał chwilę w miejscu, po czym wyszedł. Agnieszka słyszała, jak rozmawia z matką w kuchni, ale słowa zlewały się w niewyraźny szum. Głosy raz stawały się ostrzejsze, raz cichły.
Wyjęła telefon i wybrała numer matki.
– Mamo? To ja. Możemy przyjechać do ciebie na parę dni?
– Oczywiście, córeczko. Co się stało?
– Opowiem później. Zaraz wyjeżdżamy.
– Dobrze. Ugotowałam barszcz, akurat starczy dla wszystkich.
Agnieszka mimowolnie się uśmiechnęła. Spakowała Zosię, pocałowała ją w ciepły czubek głowy, założyła jej kurteczkę i wyszła z mieszkania. Za jej plecami drzwi zamknęły się cicho, a klucz został na szafce w przedpokoju z krótkim, metalicznym kliknięciem zamka. W samochodzie Agnieszka uruchomiła silnik i spojrzała w lusterko: w oknie kuchni paliło się samotne światło. Potem ruszyła i ani razu się nie obejrzała.