— Może powiedziała to zbyt ostro. Ale ty też zrozum, mama całe życie sama ciągnęła nasz dom. Ojciec wcześnie odszedł, ona wychowywała mnie i Pawła. Przywykła, że musi wszystko kontrolować.
— I dlatego ja mam do końca życia znosić tę kontrolę?
Piotr usiadł na brzegu łóżka i ujął jej dłonie.
— Kasiu, nie kłóćmy się. Porozmawiam z mamą, wytłumaczę jej.
— Co jej wytłumaczysz? Że ja też jestem człowiekiem? Że mam uczucia?
— No tak. Powiem jej, żeby nie była niemiła.
Katarzyna pokręciła głową.
— Piotrze, tu nie chodzi o niemiłe słowa. Chodzi o to, że twoja matka mnie nie akceptuje. I ty dobrze o tym wiesz.
Pięć lat to za mało?! Ile jeszcze mam czekać?
Z kuchni dobiegł głos pani Barbary:
— Piotr! Chodź jeść! Wszystko wystygnie!
Piotr wstał.
— Chodźmy, zjemy normalnie. Potem porozmawiamy.
— Nie, dziękuję. Straciłam apetyt.
Mąż postał jeszcze chwilę, po czym wyszedł. Katarzyna słyszała, jak rozmawia z matką w kuchni, ale nie potrafiła rozróżnić słów. Głosy raz się podnosiły, raz cichły.
Wyjęła telefon i wybrała numer matki.
— Mamo? To ja. Możemy przyjechać do ciebie na parę dni?
— Oczywiście, córeczko. Co się stało?
— Opowiem później. Zaraz wyjeżdżamy.
— Dobrze. Ugotowałam rosół, starczy dla wszystkich.
Katarzyna mimo woli się uśmiechnęła. Spakowała Zosię, pocałowała ją w ciepły czubek głowy, założyła jej kurteczkę i wyszła z mieszkania. Za jej plecami drzwi zamknęły się cicho, a klucz z metalicznym stuknięciem został na szafce w przedpokoju. W samochodzie uruchomiła silnik i spojrzała w lusterko: w kuchennym oknie nadal paliło się samotne światło. Potem ruszyła przed siebie i ani razu się nie obejrzała.