Goście — współpracownicy, sąsiedzi, dalsza rodzina — już siedzieli, rozmawiali, śmiali się. Atrina kiwała głową, uśmiechała się, lecz czuła się obco. Wydawało się, że wszyscy patrzą z osądem, choć nikt nie wypowiedział słowa. Dmitrij trzymał jej rękę, jakby chroniąc.
— Drodzy, dziękuję, że przyszliście — zaczęła Galina Ivanowna, wznosząc kieliszek. — Sześćdziesiąt lat to nie tylko liczba. To życie, wspomnienia, miłość.
Goście wstali, dźwięk kieliszków wypełnił pokój. Galina Ivanowna się uśmiechała, lecz Atrina zauważyła, jak często popija wino.
— Galina Ivanowna — podeszła Atrina, trzymając prezent. — Chcę być pierwsza, która wręczy ci upominek. To coś bardzo osobistego.
Podniosła pakunek. Galina Ivanowna ostrożnie odwinęła papier, a oczy jej się rozszerzyły: na kolanach znalazł się obraz. Działka, weranda, jabłonie w kwiecie. Wszystko, co kiedyś było codzienne, teraz lśniło niczym wspomnienie szczęścia.
— To nasz dom — szepnęła, głos drżał.
— Tak — odpowiedziała cicho Atrina. — Tam, gdzie razem piliśmy herbatę, śmialiśmy się, kłóciliśmy i wybaczaliśmy.
Zapadła cisza. Galina Ivanowna przesunęła palcem po ramie, jakby dotykając przeszłości.
— A drugi prezent, mamo — odezwał się Dmitrij — dostaniesz, gdy wrócimy. Musimy tylko po niego pojechać.
— Lodówka? — wyrwało się z jej ust.
— Skąd wiesz? — zaśmiał się Dmitrij.
Spojrzała na nich oboje, a po policzku spłynęła łza. — Myśleliście nie o sobie. Nawet gdy ja…
Atrina zrobiła krok naprzód, ostrożnie, lecz mocno objęła teściową.
— Zawsze o tobie myślimy. Bo jesteś naszym domem.
— Jak mogłaś przyjść z czymś takim na mój jubileusz? Ja wydałam na poczęstunek więcej! — wysyczała Galina Ivanowna, lecz zaraz pożałowała słów…