— Teraz te obrazy oddychają. Pani nie jest tylko dekoratorką. Pani jest tłumaczką. Przekłada pani kolory na język żywych rzeczy.
Na otwarcie wystawy przyszło tyle osób, że sala była pełna. Po wernisażu piętnaście osób zapisało się na warsztaty kompozycji florystycznych, które Anna poprowadziła tydzień później.
Stała przed grupą ludzi i opowiadała o kwiatach.
Na zajęcia przyszedł również Marek, oczywiście z Pączkiem. Mops zasnął pod stołem, a Marek z ogromnym skupieniem układał bukiet, który ostatecznie przypominał skutki eksplozji na rabatce.
— Marek, to ma być… ekspresjonizm?
— To krzyk mojej duszy, Aniu. Ewentualnie krzyk mojego całkowitego braku talentu. Wybierz sama.
— Spróbujmy trochę poprawić. Tę gałązkę daj tutaj. Ten liść zabierzemy. Widzisz? Od razu pojawiło się powietrze.
— Mówisz o kwiatach tak, jakbyś mówiła o ludziach. Przy tobie człowiek ma ochotę wyprostować plecy.
Anna nic nie odpowiedziała.
Ale zapamiętała te słowa.
Później zadzwonił Piotr. Nie do niej — do Agnieszki.
— Agnieszka, przekaż łaskawie mojej żonie, że nie zamierzam sam utrzymywać mieszkania i wszystkiego ciągnąć na swoich plecach. Albo wraca, albo zabiera swoje rzeczy. Moja cierpliwość też ma granice.
Agnieszka włączyła głośnik, żeby Anna słyszała każde słowo.
Słuchała w milczeniu. I z każdym kolejnym zdaniem jej twarz stawała się spokojniejsza.
— Piotr, ona siedzi obok. Powiedz jej sam.
Zapadła krótka cisza. Potem odezwał się jego głos.
— Anna? Skończ już z tym przedstawieniem. Zaraz miną cztery miesiące. Masz pojęcie, jak ja tu żyję? Zuzia sama robi pranie, ja gotuję — fatalnie, ale gotuję. Zostawiłaś rodzinę.
— Nie zostawiłam rodziny, Piotr. Odeszłam od człowieka, który przez dwanaście lat przekonywał mnie, że nic nie jestem warta.
— Znowu zaczynasz! Mówiłem prawdę. Dla twojego dobra.
— Dla mojego dobra nazywałeś mnie funkcją. Dla mojego dobra upokarzałeś mnie przy znajomych. Dla mojego dobra mówiłeś własnej córce, że jej matka jest cieniem.
— Nigdy czegoś takiego nie powiedziałem!
— Powiedziałeś. Czternastego lutego, przy kolacji. Zuzia siedziała naprzeciwko. Pamiętam każde słowo. Zapisywałam je, Piotr. Codziennie. W zeszycie. Wszystkie twoje upokorzenia.
Cisza po drugiej stronie trwała długo.
Piotr najwyraźniej się tego nie spodziewał. Był przyzwyczajony do Anny, która milczy, przełyka i spuszcza głowę. Ta Anna, mówiąca równo, spokojnie i podająca konkretne daty, była dla niego kimś obcym.
— No dobrze. Załóżmy, że tak było. I czego teraz właściwie chcesz?
— Już dostałam to, czego chciałam. Odeszłam. Mieszkam osobno. Zarabiam. Zuzia przyjedzie do mnie na wakacje, już to ustaliłyśmy.
— Czyli wszystko postanowiłaś za mnie?
— Nie, Piotr. Postanowiłam za siebie. A ciebie w moim życiu już nie ma i nie będzie.
Rozłączyła się.
Agnieszka spojrzała na nią i uniosła kubek z herbatą jak kieliszek.
— Za ciebie, Anka.
— Za tamten sierpień. Za aptekę. I za kobietę, która dała mi wodę i powiedziała dokładnie to, co wtedy musiałam usłyszeć.
Minęło pół roku. Anna wynajmowała pokój, prowadziła warsztaty i przygotowywała aranżacje do wystaw w galerii. Zuzia przyjechała latem i została przez cały lipiec. Nie próbowały nadrobić wszystkiego naraz. Po prostu były obok siebie — bez poczucia winy, bez pretensji i bez rachunku krzywd.
— Mamo, mogę też zapisać się na zajęcia do cioci Agi? Jest super.
— Możesz. Tylko ostrzegam: przez pierwsze dwa tygodnie każe wszystkim rysować lewą ręką.
— Po co?
— Żebyś przestała bać się błędów. Lewa ręka nie umie udawać.
Zuzia poszła na zajęcia, a Anna wyszła po zakupy. Przy piekarni na rogu zobaczyła Piotra.
Szedł obok młodej kobiety — wyrazistej, eleganckiej, śmiejącej się głośno i swobodnie.
Anna zatrzymała się na chwilę i wsłuchała w siebie. Czekała na ukłucie. Na ból, zazdrość, żal, może złość.
Nie poczuła nic.
Tylko pustkę. Czystą, spokojną, jak świeżo umyta szyba.
Piotr ją zauważył i podszedł. Kobieta została przy witrynie.
— Anna. Czyli tak teraz wygląda twoje życie.
— Cześć, Piotr.
— Dobrze wyglądasz. Schudłaś. No… cieszę się.
— Dziękuję. Ja też się cieszę, że nie jesteś sam.
Zmieszał się i poprawił kołnierzyk. Widać było, że przygotował sobie wcześniej jakąś przemowę, ale wobec jej spokoju wszystkie zdania nagle przestały pasować.
— Słuchaj, myślałem ostatnio… Może jednak przesadziliśmy? Może moglibyśmy spróbować jeszcze raz? Dla Zuzi.
— Zuzia jest ze mną. I bez ciebie jest spokojna. Piotr, ty nie przesadziłeś raz. Przez dwanaście lat robiłeś to samo — powoli mnie niszczyłeś. To nie był wybuch złości. To był twój wybór.
— Nie możesz tak po prostu wszystkiego odciąć!
— Mogę. Już odcięłam. Pół roku temu, w sierpniu, kiedy w trzydziestostopniowym upale założyłam płaszcz i wyszłam z mieszkania.
— Ty wszystko dramatyzujesz!
— Nie. I po raz kolejny mówię: nie. Nie wiem, jak długo twoja nowa partnerka wytrzyma twoje poniżanie, ale któregoś dnia znowu zostaniesz sam. Zupełnie sam. I wtedy nie będziesz już mówił do kogoś. Zaczniesz rozmawiać z własną pustką.
Skinęła krótko głową i ruszyła dalej.