Cicho podążyłam za nim.
Przez wąskie okno zobaczyłam, jak przebiera się w jaskrawy, niecodzienny kostium — kombinezon, kraciasty fartuch i czerwony nos klauna.
Potem wszedł na oddział dziecięcy.
Dzieci zaczęły się uśmiechać, zanim jeszcze podszedł. Rozdawał zabawki, żartował, celowo się potykał, aby wywołać śmiech.
Pielęgniarka uśmiechnęła się i nazwała go „Profesor Chichotek”.
Zamarłam w miejscu.
Nic z tego, co widziałam, nie odpowiadało niepokoju, który wywołał list Oskara.
— Marku — wyszeptałam.
Odwrócił się, a uśmiech natychmiast zniknął.
— Co tutaj robisz?
— To ja powinnam cię pytać — odpowiedziałam.
Pokazałam mu list.
Jego twarz zadrżała.
— Musiałem powiedzieć — wyszeptał.
— Więc powiedz teraz.
Wytarł oczy.
— Przez dwa lata przychodziłem tu po pracy. Przebierałem się. Rozśmieszałem dzieci. Dla Oskara.
Te słowa przytłoczyły mnie falą ciężaru.
Opowiedział, że Oskar kiedyś powiedział mu: najtrudniejsze nie jest cierpienie, lecz patrzenie, jak inne dzieci się boją.
— Chciał, by ktoś pomógł im się uśmiechnąć… choćby na godzinę.
I Marek stał się tą osobą.
— Nigdy mu nie mówiłem — wyznał. — Chciałem, żeby to było dla niego, a nie z powodu niego.
Wtedy zrozumiałam, że jego chłód nie był odrzuceniem.
Do domu pojechaliśmy razem.
W pokoju Oskara Marek podniósł chwiejnie leżącą płytkę. Pod nią znajdowało się małe pudełko.
W środku była drewniana figurka.
Mężczyzna, kobieta i chłopiec.
My.

Leżała też druga notatka.
„Chciałem tylko, byście sami zobaczyli serce taty… kocham was oboje”.
Przeczytałam te słowa dwa razy, zanim mogłam się rozpłakać.
Potem płakaliśmy oboje.
Po raz pierwszy po pogrzebie Marek nie odsunął się, gdy wyciągnęłam rękę.
Przytulił mnie.
Tak, jakby nie miał już gdzie się schować.
Później pokazał mi jeszcze coś — mały tatuaż z twarzą Oskara nad sercem.

— Zrobiłem go po pogrzebie — powiedział. — Nie pozwalałam ci mnie przytulać, bo jeszcze się goiło.
Zaśmiałam się przez łzy.
— To jedyny tatuaż, który kiedykolwiek mogę pokochać.
Żal nie zniknął.
Nasz syn jednak pomógł nam odnaleźć siebie nawzajem.
A dla trzynastoletniego chłopca —
to było kolejne cudowne wydarzenie.