— Jakby twój był słodki jak miód! — po raz pierwszy od wielu miesięcy uśmiechnęłam się przez łzy.
— Mam taki, jaki mam — westchnął. — Słuchaj, Anka… Nie rozwodźmy się. Dobrze?
— Dobrze. Nie rozwodźmy się — wyszeptałam i skinęłam głową.
— Ale mam jeden warunek — Marek uniósł palec. — Kot zostaje. Ten cały Franek. Tylko niech śpi w nogach, bo jak rozłoży się na poduszce, to dla człowieka nie zostanie ani kawałka miejsca.
Nie wytrzymałam i roześmiałam się.
Marek również zaczął się śmiać.
Tamtej nocy po raz pierwszy od niemal pół roku położyliśmy się w jednym łóżku.
Minęły trzy miesiące.
Kasia przyjechała do nas na święta Bożego Narodzenia.
Weszła do mieszkania i zatrzymała się już w progu.
Na komodzie siedział Franek. Nie przypominał już wychudzonego stworzenia ze śmietnika. Był dużym, dorodnym i niezwykle pewnym siebie rudym kotem, który z godnością wylizywał łapę.
Ja i Marek siedzieliśmy obok siebie na kanapie.
Mąż trzymał w dłoniach motek wełny, a ja robiłam mu na drutach nowy zimowy szalik.
— Mamo? Tato? — Kasia przenosiła zdumiony wzrok z nas na kota. — Wy jesteście jacyś… zupełnie inni.
— Jacy znowu inni? — burknął Marek, choć oczy mu się śmiały. — Wchodź, czego stoisz. Matka upiekła sernik.
— A to kto? — Kasia wskazała kota. — Tato, przecież przez całe życie nie znosiłeś zwierząt! Zawsze mówiłeś, że w mieszkaniu nie będzie żadnej sierści!
— To? — Marek spojrzał na Franka z czułością, którą bezskutecznie próbował ukryć pod zwykłą surowością. — To Franciszek Markowski, najważniejszy członek naszej rodziny. Gdyby nie on, jeździłabyś teraz osobno do rozwiedzionego ojca i rozwiedzionej matki.
— Jak to? — zapytała zdezorientowana córka.
— Najdosłowniej, jak się da — odpowiedziałam, podeszłam do niej i mocno ją objęłam. — To długa historia. Chodź na herbatę, wszystko ci opowiemy.
Późnym wieczorem, kiedy wszyscy rozeszli się już do swoich pokoi, weszłam do kuchni napić się wody.
Za oknem powoli padał śnieg.
W środku czułam ciszę, spokój i niezwykłe ciepło. Tak dobrze nie było mi od wielu lat.
Franek podszedł i otarł się o moje nogi.
— Miau? — odezwał się pytająco.
— Tak, Franiu — szepnęłam, biorąc go na ręce. — Masz rację. Miłość jest bardzo dziwną rzeczą. Czasem, żeby odnaleźć ją ponownie we własnym życiu, trzeba spotkać kogoś, kto potrzebuje jej jeszcze bardziej niż my sami.
Z sypialni dobiegł głos Marka:
— Anka! Gdzie zniknęłaś? Franciszek już przyszedł, tylko na ciebie czekamy! Film się zaczyna!
— Już idę! — zawołałam.
Ruszyłam do sypialni, gdzie czekali na mnie dwaj ukochani mężczyźni.
Jeden miał siwiznę na skroniach i uparty charakter.
Drugi — puszysty rudy ogon i bezczelnie zadowoloną mordkę.
W tamtej chwili byłam absolutnie pewna, że odtąd z naszą rodziną wszystko będzie dobrze.
Jak sądzicie, czy Franek naprawdę uratował miłość Anny i Marka? A może był jedynie chwilowym opatrunkiem, którym małżonkowie przykryli głęboką, wciąż niezagojoną ranę? Przecież nie omówili do końca dawnych pretensji i nie rozwiązali wszystkich problemów. Być może po prostu zastąpili wyprowadzkę córki nowym obiektem troski i skierowali całą niewykorzystaną czułość na domowego pupila. Czy ten kruchy spokój nie rozpadnie się ponownie, kiedy Franek stanie się zwyczajną częścią ich codzienności i przestanie wymagać nieustannego ratowania?
