Genek w końcu przekroczył próg domu po długich latach spędzonych w kolonii karnej.
Siedem lat — to nie był krótki wyrok. Przez ten czas prawie przestał wierzyć, że jego młoda żona na niego zaczeka. Na początku jeszcze pisała — co tydzień list, pełen czułych słów, wyznań miłości i obietnic. Przysięgała, że będzie czekać. Wtedy wierzył bez zastrzeżeń: że nie zamieni go na nikogo, że ich uczucie jest prawdziwe.
— Gena, tak bywa u wielu. Młoda, ładna… co miała zrobić? Zmarnować najlepsze lata?
Z czasem żal przycichł. Zrozumiał, pogodził się, a potem przestał do tego wracać. Poznał Alonę — spokojną, dobrą kobietę, trochę starszą od niego. Miała ośmioletniego syna, Witka. Gena przyjął chłopca jak własne dziecko, nigdy nie dzielił — obcy czy swój. Witek był żywy, psotny, często wpadał w kłopoty. Niejeden raz Gena chodził do szkoły wysłuchiwać uwag nauczycieli, ale zawsze stawał po stronie chłopca:
— Dajcie mu spokój, chłopak musi się wyszaleć.
Kiedy wprowadził się do Alony, aż go zatkało — mieszkanie było zaniedbane. Nic dziwnego: jedna kobieta z dzieckiem nie ogarnie wszystkiego. Albo tapety, albo buty dla syna — zawsze coś ważniejszego. Genadij zabrał się do roboty: wymienił instalację, rury, wszystko po kolei.
Zrobił gruntowny remont. Pokój Witka ogołocił aż do cegieł, potem od nowa tynkował, szpachlował. Sprzedał swoją kawalerkę w akademiku i za te pieniądze wstawił nowe okna w całym mieszkaniu, a resztę przeznaczyli na porządne meble. Koledzy z fabryki mebli śmiali się:
— Po co tak się starasz? Przecież to nie twoje mieszkanie.
— Jak to nie moje? — odpowiadał spokojnie. — Tu żyję. Alona to moja żona, Witek może nie z krwi, ale dla mnie jak syn. Innych nie będzie.
Z czasem Witek dorósł. Stał się porywczy, opryskliwy — szczególnie wobec ojczyma. Wystarczyło jedno słowo uwagi, a wybuchał:
— Nie jesteś moim ojcem! Nie masz prawa mi rozkazywać!
Alona była łagodna, potrafiła znaleźć kompromis, uspokajała obu. Dzięki niej w domu bywały chwile ciepła i spokoju. Najlepiej Gena czuł się z nią wieczorami: herbata, rozmowy, telewizor. Witek rzadko wtedy bywał w domu.
Kiedy Witek przyprowadził żonę — piękną i dobrą Żenię — Gena obawiał się, że w dużym trzypokojowym mieszkaniu zrobi się ciasno. Ale mylił się. Żenia była podobna do Alony — łagodziła konflikty, pilnowała męża, żeby nie przesadzał. A on, jeśli przesadził, szybko się godził: raz kwiaty dla żony, raz piwo dla Geny.
— No dobra, koniec! Nie kłócimy się! Chodź, wujek Gena, wypijemy po piwie, a nasze kobiety niech spokojnie zrobią kolację.
Po roku urodził im się syn — Artem. Gena wziął go na ręce i aż mu łzy stanęły w oczach. Poczuł coś, czego wcześniej nie znał — prawdziwe, własne szczęście. Pomyślał wtedy: warto było to wszystko przetrwać.
Chłopiec rósł i nie odstępował dziadka na krok. Razem naprawiali krany, chodzili po zakupy. Rodzice pracowali, babcia prowadziła dom, a Gena zajmował się wszystkim, co trzeba.
Z czasem jednak Witek zaczął coraz częściej sięgać po wódkę. Zaczęły się imprezy, znajomi, których przyprowadzał. Na początku było nawet wesoło, ale później pojawiali się już tylko ci, co przyszli się napić za darmo. Po kilku kieliszkach Witek robił się agresywny, wybuchał, krzyczał. Dostawało się wszystkim. Gena próbował przemówić mu do rozsądku:
— Witek, skończ z tym piciem! Nie jesteś tu sam.
— Nie pouczaj mnie! To mój dom, a ty jesteś nikim! Artem, to nie twój dziadek, nie czepiaj się go!
Kłótnie narastały, dochodziło do bójek. Żenia często uciekała nocą do matki albo do przyjaciółki. W końcu odeszła na dobre, zabierając Artema. Alona nie wytrzymała nerwów — gasła z dnia na dzień. Wkrótce jej zabrakło. Nie mogła patrzeć, jak syn niszczy własne życie.
Gena długo ją opłakiwał. Z Witkiem całkiem się poróżnił. Odejść? Ale dokąd na stare lata? Do Żeni i Artema wstyd było jechać — „Kim ja dla nich jestem?”
Pewnego wieczoru ktoś zaczął walić w drzwi. To była sąsiadka, Maria Michajłowna:
— Genadij Pietrowicz, pomóż! Błagam!
Zimą mieszkała u dzieci w mieście, na wiosnę wracała do swojej wsi. Gena pomyślał, że stało się coś strasznego, i pobiegł za nią. Okazało się, że przy gotowaniu obiadu wyrwała drzwiczki od szafki — zawiasy nie wytrzymały. Stała prawie zapłakana:
— Dzieci przyjadą i powiedzą, że nawet tu narobiłam szkód…
Gena naprawił wszystko w kilka minut, pomógł ogarnąć kuchnię i zażartował:
— Mów, Michajłowna, kiedy wracasz na wieś?
— Już czas… może zięć zawiezie w weekend.
— Po co go fatygować? Zawiozę cię sam. Lepiej niż siedzieć w domu i kłócić się z Witkiem.
— A co ludzie powiedzą?
— Powiedzą, że kobieta wsiadła do auta z mężczyzną i pojechali w stronę zachodu słońca!
— Oj ty, Genadij…
Dom Marii był czysty, ale zniszczony. Podłogi spróchniałe, okna przekrzywione, ganek ledwo się trzymał. Farba odpadała, pod schodami mieszkał bezpański pies Buran. Piec popękany, tynk się sypał. Nic dziwnego, że zimą tam nie mieszkała — zamarzłaby. Maria, jakby czytając jego myśli, zawstydziła się:
— Za życia męża wszystko było w porządku… ale ja nie mam takich rąk. W mieście dzieciom tylko przeszkadzam. Na wiosnę serce mnie tu ciągnie, ale narzekać nie potrafię. Zostań na noc, szkoda ci się tak kręcić.
Nazajutrz Gena poprawił drzwi, podbił deski na ganku, żeby choć lato wytrzymały. Kiedy pracował, Maria podeszła i powiedziała cicho:
— Nie wyjeżdżaj… Zostań. Strasznie mi samej. A ty… wiem, że u siebie też nie masz lekko.
— A co powiedzą dzieci?
— Nie zastrzelą nas przecież…
Zaczęli razem działać. Gena rozebrał ganek i złożył go od nowa, kupił deski, naprawił podłogę w łaźni, zaczął remont domu. Z sąsiadami podnieśli budynek, uszczelnili wszystko, przemurował piec, pobielił ściany. Malował, strugał — po dwóch miesiącach domu nie dało się poznać.
Dzieci Marii miały przyjechać. Oboje się martwili — jak przyjmą ich wspólne życie?
Od rana sprzątali, gotowali, rozpalili w bani. Wieczorem przyjechał syn Marii, Matwiej — ogromny, ponury mężczyzna — z żoną i dziećmi. Wysiadł z auta, rzucił coś do żony.
Wszedł na podwórko i bez powitania rzucił:
— Wujek Gena, no i bezczelny z ciebie człowiek!
Gena aż zamarł. Chciał go przytulić, ale słowa ugrzęzły w gardle. Przez całe życie był przepędzany jak bezdomny kot — bez szczęścia, bez rodziny.
Nigdy nie szukał korzyści. Szukał tylko miejsca, gdzie będzie potrzebny. Marzył o domu, o dużej rodzinie, o wnukach — nieważne, czy swoich. Chciał ciepła, którego nie zaznał w domu dziecka. Oddawał serce obcym, by stali się bliscy.
— Wujek Gena, co tak stoisz? — nagle rozległ się śmiech. — No i dobrze się urządziłeś: ożeniłeś się, gospodarujesz! Żenia z Artemem byli u mnie, pytali o ciebie, wspominali swojego dziadka. Dałem im adres — szykujcie się na gości. Może Artem zostanie u was na lato.
Gena poczuł, jak coś w nim puszcza. Jakby ciężar spadł z serca. Oni go uznali za swojego.
— Mamo, co tak stoicie? Chodź, przytulę! Dom jak nowy! Teraz cię zimą do miasta nie wyciągniemy!
Mała wnuczka Marii przytuliła się do jego nogi:
— A pan teraz jest naszym dziadkiem?
Maria zmieszała się, a jej syn roześmiał się głośno:
— Naszym, naszym!
Gena w końcu wrócił do domu.