Dmitrij spojrzał na książeczkę, potem na matkę. Nie znał całej historii, ale znał ją. Rozumiał jej życie.
— Dziękuję, ale nie trzeba — powiedział spokojnie. — Poradzimy sobie. Dałaś mi wszystko, czego potrzebowałem.
Położył dłoń na ramieniu Aliny i w tym prostym geście mieściło się całe ich wspólne życie.
Kola opuścił rękę. Patrzył na nich — na kobietę, którą kiedyś zdradził, i na chłopaka, który mógł być jego synem. Oni byli rodziną, a on stał się obcy. Odwrócił się w milczeniu i ruszył do wyjścia, jeszcze raz oglądając się przez ramię.
— Wybacz — szepnął i zniknął.
Alina zamknęła za nim drzwi, a Dmitrij objął ją ramieniem.
— Mamo, kim on naprawdę był?
— Tylko cieniem, synku — odpowiedziała. — Cieniem życia, którego nigdy nie mieliśmy. I całe szczęście.
Minęło jeszcze pięć lat. Na otwarcie wystawy młodego architekta Dmitrija Sokołowa przyszło mnóstwo ludzi. Stał przy głównej ekspozycji, gdzie pysznił się model przyszłej dzielnicy — jasnej, zielonej, przestronnej. Odpowiadał na pytania, uśmiechał się, ale wzrokiem wciąż szukał tylko jednej osoby. Była tam Alina, stojąca nieco z boku i patrząca na niego z taką czułością i dumą, że aż ścisnęło go w gardle. Podszedł do niej.
— I jak? — zapytał, obejmując ją.
— Jesteś najlepszy — odparła po prostu. — Zawsze to wiedziałam.
— Mamo — powiedział cicho, tak by słyszała tylko ona. — Dziękuję.
— Za co? — uśmiechnęła się.
— Za to, że mnie wybrałaś.
Nigdy nie dopytywał o szczegóły tamtego dnia. Wystarczało mu jedno: jedna kobieta go porzuciła, a druga go wybrała. I to właśnie zadecydowało o całym jego życiu.
Alina tylko mocniej ścisnęła jego dłoń, patrzyła na jego pewną, szczęśliwą twarz i myślała, że czasem największy dar przychodzi niespodziewanie, owinięty w stary kocyk. I że tym darem nie były pieniądze w kopercie, lecz szansa, by stać się tym, kim naprawdę chcesz. Szansa, o którą warto walczyć.