— Poczekam w samochodzie.
— Ale on nie zrobił tego specjalnie…
— Konrad — postawiłam pudełko na masce — on „po prostu” to robił od siedmiu lat. Przy każdej okazji. Nie zamierzam udawać, że to norma. Jedziemy.
Niechętnie pojechałam na imprezę przy basenie. Woda, słońce, luksus. Artek stał blisko, z kieliszkiem w ręku, żartował. I nagle krzyknął:
— Głupia gruba! Wskocz do wody!
Popchnął mnie. Mocno. Dwie ręce w plecy. Wylądowałam w wodzie. Chlor uderzył w nos. Mokra tunika oblepiała ciało. Wyłoniłam się, trzymając krawędź basenu. Słyszałam śmiech osiemnastu osób. Konrad rzucił się ku mnie. Lena zbielała.
Wyciągnęłam się sama. Ręce nie drżały. Wzięłam ręcznik, wytrzepałam włosy.
— Artek — powiedziałam spokojnie — popchnąłeś mnie bez zgody. Telefon stracił wartość osiemdziesięciu tysięcy. Spodziewam się przelewu do jutra.
Artek przestał się śmiać, potem na chwilę uśmiech zamarł.
— Marino, to żart — mruknął.
— Pieniądze muszą być do jutra, inaczej zgłoszenie na policję. Fizyczna przemoc — to nie żart.
Konrad był obok, mokry, ale spokojny. Po raz pierwszy od siedmiu lat nie powiedział: „Nie chciałam, ale…”.
W domu, na drugi dzień, tort sprzedany w godzinę. Cisza. Spokój. Plecy proste. Decyzja podjęta.
Dwa tygodnie później Artek zadzwonił, jakby nic się nie stało, żartując: „Tym razem bez tortów”.
Nie chciałam jechać. Konrad nalegał: „Chociaż dla mnie, spotkamy się ze starymi przyjaciółmi”. Zgodziłam się.
Na miejscu Artek znów zaczynał swoje, tym razem przy gościach biznesowych. Znowu wywołał „śmiech” na mój temat. Wstałam, sięgnęłam po telefon, powiadomienia o zerwaniu wszystkich kontraktów z „Breeze Media”. Artek nie rozumiał. Kontrakty zerwane. To moja decyzja.
Tartaletka w mojej ręce. Idealny krem malinowo-waniliowy. Uśmiech prawdziwy. Artek wyszedł. Lena za nim. Drzwi zatrzasnęły się.
Goście pod wrażeniem. Konrad milczy. To on pokazał mi, że prawda i granice muszą być respektowane. Po dwóch miesiącach Artek stracił kontrakty. Czterech pracowników mniej, mniejszy biurowiec. Mówią, że jestem „mściwa” i „sprytnie wykorzystałam moment”. Może tak, a może nie — normalni biznesmeni nie wpadają w basen z klientką.
Konrad czasem spotyka się z nim sam. Ale przy naszym stole Artek już nigdy nie usiadł. Spokój. Po raz pierwszy od siedmiu lat — prawdziwy spokój.
Jedno pytanie pozostaje: czy przesadziłam, zerwając kontrakty przy wszystkich, czy on sam doprowadził do tego przez sześćdziesiąt spotkań, słowa „głupia gruba”, basen? A wy — jak byście postąpili?