— Kasiu, tej sałatki lepiej sobie nie nakładaj. Tam jest majonez. Tobie takich rzeczy przecież nie wolno — rzucił Marek, nawet nie odrywając wzroku od mięsa na ruszcie. A zaraz potem roześmiał się, jakby powiedział coś niezwykle błyskotliwego.
Przy stole siedziało dwanaście osób. Letnia weranda naszego domu. Szaszłyki, które od rana sama marynowałam, a potem pilnowałam przy grillu. Marynata według przepisu, który dopracowywałam prawie trzy lata. Sałatkę, swoją drogą, też zrobiłam własnymi rękami.
Od siedmiu lat wszystko wyglądało tak samo. Już od pierwszego spotkania, kiedy Paweł przyprowadził go do mnie, żebyśmy się poznali, Marek zmierzył mnie wzrokiem od góry do dołu, gwizdnął cicho i wypalił: „No, Paweł, nie wiedziałem, że lubisz kobiety z takim rozmachem”. Wtedy się uśmiechnęłam. Uznałam, że to żart. Prostacki, ale jednak żart.
Jak bardzo się myliłam.
Z Pawłem pobraliśmy się osiem lat temu. Ja miałam czterdzieści lat, on trzydzieści osiem. Dla nas obojga było to drugie małżeństwo. Paweł pracował jako inżynier w biurze projektowym, a ja w tamtym czasie miałam już otwarty drugi lokal „Słodkiej Sprawy”. Sieć cukierni. Moją. Postawioną od zera, bez kredytów i bez czyjejkolwiek pomocy. Przez trzy lata każdą zarobioną złotówkę wkładałam z powrotem w firmę. Kiedy braliśmy ślub, miałam dwa punkty. Teraz było ich już pięć.
Marek był przyjacielem Pawła jeszcze ze szkoły. Dorastali razem, razem odbyli służbę, co jesień razem jeździli na ryby. Dla Pawła Marek był niemal jak brat. Rozumiałam to aż za dobrze. Chyba właśnie dlatego tak długo zaciskałam zęby.
Paweł wiedział. Sama poprosiłam go, żeby nic Markowi nie mówił. Nie chciałam mieszać przyjaźni z interesami. Paweł więc milczał.
A Marek dalej rzucał swoje żarciki.
Tamtego wieczoru na werandzie postawiłam na stole ostatni półmisek — z pieczonymi warzywami — i usiadłam obok Pawła. Marek już nalewał wino do kieliszków. Jego żona Ewa siedziała naprzeciwko i patrzyła w talerz. Zawsze patrzyła w talerz, kiedy zaczynał się kolejny występ jej męża.
— Kasiu, do lata mogłabyś jednak trochę schudnąć — powiedział Marek, podając komuś kieliszek. — Ty w ogóle zakładasz kostium kąpielowy? Czy znowu chowasz się za pareo?
Przy stole zapadła cisza. Ktoś zakaszlał nerwowo. Paweł położył mi dłoń na kolanie. Ten dobrze znany gest. „Wytrzymaj. On przecież nie robi tego ze złości”.
Wzięłam kieliszek. Spojrzałam na Marka.
— Marek, a ty wiesz, że twoja agencja nadal nie spłaciła zobowiązania za biuro? — powiedziałam spokojnie. Bez nacisku. Po prostu jak fakt. Wiedziałam o tym, bo Aneta kiedyś mimochodem wspomniała, że opóźnienia przy projektach tłumaczyli problemami z czynszem.
Jego uśmiech drgnął. Tylko na sekundę. Potem znowu się roześmiał.
— A skąd ty wiesz coś o moim biurze? — obrócił kieliszek w palcach. — Paweł się wygadał? No ładnie, bracie.
Paweł milczał.
Dopiłam wino. Marek natychmiast przeskoczył na inny temat — piłka, urlop, samochód. Wszystko jak zawsze. A ja pomyślałam: trudno. Nie pierwszy raz. To też przełknę.
Późnym wieczorem, kiedy wszyscy już się rozjechali, stałam przy zlewie i zmywałam naczynia. Paweł podszedł od tyłu i mnie objął.
— Wybacz mu. On po prostu taki jest.
— Doskonale wiem, jaki on jest — odpowiedziałam. — Ale „on taki jest” nie jest usprawiedliwieniem.
Paweł pocałował mnie w tył głowy i poszedł spać. A ja nadal stałam przy zlewie, podczas gdy gorąca woda spływała mi po palcach, a ja nie czułam ani ciepła, ani domowego spokoju. Tylko zmęczenie. Siedem lat tych samych docinków. Siedem lat tych samych usprawiedliwień ze strony Pawła. Siedem lat ciężkiego milczenia przy stole.
Miesiąc później zadzwonił Marek. Zaprosił nas na swoje urodziny. Czterdzieste drugie.
Upiekłam tort. Może to było głupie. Ale jestem cukiernikiem. Trzypiętrowy, oblany czekoladową glazurą, z karmelową dekoracją. Sześć godzin pracy. Osobno beza, osobno przełożenie, osobno ozdoby. Ważył prawie cztery kilogramy.
Paweł niósł pudełko do samochodu tak ostrożnie, jakby trzymał dziecko.
— Piękny — powiedział. — Marek padnie.
Marek rzeczywiście zaniemówił. Tylko zupełnie nie tak, jak się spodziewaliśmy.
Około dwudziestu gości. Restauracja, którą Marek wynajął na cały wieczór. Długi stół, śnieżnobiałe obrusy, muzyka na żywo. Ewa w nowej sukience, cicha jak zawsze. Marek w samym centrum uwagi. Opalony, z białym uśmiechem, w koszuli wartej pewnie kilka tysięcy. Obejmował każdego, kto wchodził, klepał mężczyzn po ramionach, kobietom całował dłonie. Człowiek czarujący. O ile nie znało się go bliżej.
Postawiłam pudełko na osobnym stoliku. Zdjęłam pokrywę. Tort naprawdę wyglądał imponująco. Karmelowe nitki pięknie łapały światło lamp. Kilkoro gości podeszło bliżej i zaczęło robić zdjęcia.
— Kto to zrobił? — zapytała kobieta w bordowej sukience.
— Ja — odpowiedziałam.
— Jest pani cukiernikiem?
— Tak.
Marek podszedł. Spojrzał najpierw na tort, potem na mnie.
