Sekrety kuchni, zdrowia i droga na szczyt

„Eskalopy, ginekologia i szczyt marzeń”

Gdy Artiom Zajcew wysadził z auta kolejną sympatię, cmoknął ją delikatnie w policzek i pomachał: „Do jutra, rybko!”. W piersi wciąż unosił się zapach „Krasnoj Moskwy”, a na ustach — posmak zdrady. Westchnął, odpalił „Ładę” i ruszył w stronę domu.

Pod klatką swojego pięciopiętrowego chruszczowca w Niżnym Nowogrodzie przystanął na minutę. W głowie krążyły wcześniej ułożone, patetyczne kwestie. Trzeba będzie powiedzieć twardo, męsko, z rozmachem — na zawsze. Nie mógł już znosić tej szarej, przewidywalnej codzienności z żoną. Chciał ognia! Namiętności! I znalazł ją — w uwodzicielskiej Lidii Pawłownie.

Wspiąwszy się po schodach (winda tradycyjnie nie działała), nabrał głęboko powietrza i szeroko otworzył drzwi.

— Cześć — zawołał głośno, stając w progu. — Luba, jesteś?

— Jestem — odburknęła ospale z kuchni. — No co, Tancerzu, smażymy eskalopy?

To było to. Chwila prawdy. Zajcew się wyprostował i, odchrząknąwszy dla powagi, wypalił:

— Miłość, musimy porozmawiać… Powinniśmy się rozstać.

Ani wybuchu emocji, ani łez, ani krzyków. Luba nawet brwią nie drgnęła.

— Czyli eskalopy odwołane? — zapytała obojętnie, mieszając na patelni.

— Jak chcesz. Chcesz — smaż, chcesz — nie. Odchodzę. Do innej.

Typowa żona w takiej chwili zrobiłaby awanturę. Może i walnęłaby w męża kapciem. Lecz Luba do „typowych” nie należała.

— Tylko nie mów, że znowu zapomniałeś moich kozaków z szewca — wyrzekła równym tonem.

— Cholera… Zapomniałem — mruknął Artiom, czerwieniąc się. — Ale jak trzeba, zaraz jadę i załatwię!

— Taa… Pośle się ciebie po buty — wrócisz bez zelówek. Jaki jesteś, taki jesteś, Zajcew — westchnęła. — Nie facet, a ścierka z dyplomem księgowego.

Artiom poczuł, jak jego napuszona mowa rozpada się jak domek z kart. Nie tak wyobrażał sobie ten wieczór. Nie tak widział koniec małżeństwa.

— Luba, nie rozumiesz! Mówię serio! Nie kocham cię! Kocham inną! Odchodzę!

— Znakomicie — odparła. — Kozaki, znaczy, nie u szewca. Idź, gdzie chcesz.

Aż zakaszlał. Do diabła, jak trudno z nią dyskutować! Kiedyś właśnie za to niewzruszone opanowanie się w niej zakochał. Za twardość, za żelazną logikę i za to, że gotowała tak, iż palce lizać. Teraz wszystko to było murem, w który wjechał z pełną prędkością.

— Ja… Jestem ci wdzięczny za wszystko — zaczął znów. — Ale odchodzę. Bo kocham. Naprawdę.

— Tańka Suczkowa? — spytała rzeczowo.

— C-co? Nie! — wiercił się Artiom. — Skąd w ogóle ją znasz?

— Albo Alonka Brusnikina? Z nią w zeszły czwartek łaziłeś do trzeciej w nocy…

Zamilkł. Po plecach spłynął zimny pot.

— Nie. Nie Brusnikina. I nie Suczkowa. Lidia. Lidia Pawłowna Gusewa. Trzydzieści sześć lat, jedno dziecko, dwie łyżeczki… Rozumiesz, to miłość mojego życia.

— Tyś, Zajcew, całkiem kuku — stwierdziła, nalewając sobie herbaty. — Wiesz w ogóle, na kogo trafiłeś?

— Wiem tylko, że ją kocham — wycedził. — I będę z nią.

— A jej kartę medyczną czytałeś?

— N-nie…

— A ja tak. Bo jestem ginekologiem. Od dwudziestu lat. Wiem, gdzie bywasz, nawet jeśli sam nie pamiętasz. W tym mieście obejrzałam wszystkie kobiety, a ty — tylko niektóre. Uważaj więc: Gusewa to nie marzenie. To diagnoza.

— I co proponujesz? — spytał zrezygnowany.

— Po pierwsze — rzekła Luba — wykąp się. Po drugie, zadzwonię do wujka Wity w skórno-weneryczny — niech zerknie bez kolejki. Po trzecie — usiądź, pomyśl i nie rób rodzinie wstydu.

— Ale ja… Przecież…

— Idź się myć — przerwała. — A ja dopiekę eskalopy. Jak będziesz chciał normalną kobietę — powiedz. Dobiorę. Bez niespodzianek.

I Zajcew potulnie powlókł się do łazienki. W marzeniach odchodził efektownie, z bagażem i patosem. A w rzeczywistości wyszedł… po mydło.

Sekrety kuchni, zdrowia i droga na szczyt
Elvis i Ursula Andress: Trójkąt miłosny w Acapulco, który przegapiliście