Kiedy siostra zadzwoniła do mnie w sobotę rano, stałem właśnie w kuchni w starej koszulce, piłem już wystudzoną kawę i myślałem tylko o jednym: jak przetrwać weekend bez kolejnej rodzinnej awantury.
– Andrzeju, uratuj, co? Moja przyjaciółka Marinka ma nowy telewizor, a nie ma komu go powiesić. To praca na czterdzieści minut. Podjedziesz?
Od tych słów wszystko się zaczęło.
Gdyby ktoś wtedy powiedział mi, że do domu wrócę z drżącymi rękami, z uczuciem jakiegoś lepkiego brudu w środku i z mocnym postanowieniem, by nigdy więcej nie rozmawiać z własną siostrą, wzruszyłbym tylko ramionami.
No telewizor i telewizor. Co tu niby może się wydarzyć.
Mam pięćdziesiąt cztery lata. Nie jestem bohaterem romansów, ani macho z seriali, a tym bardziej nie jestem tym typem mężczyzny, na którego kobiety rzucają się przy pierwszym spotkaniu. Zwyczajny człowiek. Brzuch mam. Czasami boli mnie kręgosłup. Okulary mam raz na czole, raz szukam ich po całym mieszkaniu, chociaż są na czole. Żona Lena żartuje, że potrafię naprawić wszystko oprócz własnych nerwów. I to, niestety, święta prawda.
Z siostrą, Swietką, od pół roku mieliśmy napięte relacje. Nawet nie napięte, ale jak przewód pod napięciem: niby wisi cicho, ale dotkniesz – i cię prąd kopnie. Pokłóciła się z moją żoną Leną na urodzinach siostrzenicy. Do dziś do końca nie zrozumiałem, od czego się tam wszystko zaczęło. Czy chodziło o pieniądze, czy o jakiś stary wyrzut, który ciągnął się latami. Czasem kobiety potrafią pokłócić się o nic tak, że potem pół roku powietrze w pokoju iskrzy.
Świetka po tym skandalu zachowywała się dziwnie. Dzwoniła do mnie osobno, mówiła:
– Ty po prostu nie widzisz, jaka jest twoja żona. Ona cię zdominowała.
– Wtedy jeszcze żartowałem:
– Swietka, nikt mnie nie zdominował. Po prostu jestem zmęczony słuchaniem cudzych sporów.
– No, no, – odpowiadała. – Potem zrozumiesz.
To jej „potem zrozumiesz” do dziś dzwoni mi w uszach.
Zapytałem:
– A sama Marina, nie może wezwać fachowca?
– Daj spokój, tych fachowców. To albo czekasz pół dnia, albo przychodzi jakiś młodziak, który pierwszy raz w życiu widzi wiertarkę. Ty przecież jesteś u nas majsterkowicz.
Na tej frazie już powinniśmy byli się zaniepokoić. Kiedy krewni zaczynają szczególnie słodko chwalić twoje złote ręce, spodziewaj się podstępu. Ale ja, jako ostatni normalny człowiek, postanowiłem po prostu pomóc.
Lena tego dnia pojechała do swojej matki.
Powiedziałem jej już przy drzwiach:
– Podjadę na godzinę do przyjaciółki Swietki, powieszę telewizor i wracam.
Kiwnęła głową:
– Tylko nie dźwigaj niczego ciężkiego. I zjedz gdzieś, bo wrócisz zły.
Za to właśnie kocham moją żonę – mówi prosto, bez dramatów. Z nią przeżyliśmy już wiele przez trzydzieści lat. I urazy, i milczenie, i kryzysy, kiedy wydaje się, że łatwiej się rozstać, niż znowu znaleźć wspólny język. Ale mamy jakąś szczerość. Może nie piękną, nie kinową, ale prawdziwą.
Marina mieszkała w nowym bloku na drugim końcu miasta.
Winda grała jakąś głupią melodię, od której chciało się wysiąść już na trzecim piętrze i iść dalej pieszo. Na drzwiach miała wieniec z sztucznej lawendy, chociaż na dworze był listopad. Już dziwnie.
Otworzyła prawie od razu.
– Andrzej? Och, nareszcie. Wejdź.
Marina miała czterdzieści dziewięć lat, jak potem sama, z jakiegoś powodu, osobno doprecyzowała. Wyglądała dobrze, trzeba jej to przyznać. Nie młodniała w złym znaczeniu, ale po prostu starała się dbać o siebie. Włosy ułożone, manicure świeży, w domu na sobie miała nie szlafrok ani rozciągniętą koszulkę, a jakieś miękkie beżowe sukienki, zbyt eleganckie jak na „jestem tu sama i czekam, aż mi powieszą telewizor”. Pachniała wanilią i czymś jeszcze ostrym, jak pieprz.
– Zdejmij buty, dam ci kapcie.
– Nie trzeba, zrobię to szybko.
– Jak chcesz, – uśmiechnęła się. – Świetka powiedziała, że jesteś u nas mężczyzną godnym zaufania.
To „u nas” od razu zabolało mnie w ucho. Ale znów nie przywiązałem do tego wagi.
W pokoju stał nowy telewizor w pudełku, uchwyt, torba ze śrubami i kieliszek wina na stoliku kawowym. Jeden. Już zaczęty.
– Czekasz na gości? – zapytałem z jakiegoś powodu.
– Nie. A co?
– Nic. Po prostu kieliszek.
– Ach, to dla dodania odwagi, – zaśmiała się. – Boję się mężczyzn z narzędziami.
Uśmiechnąłem się. Żart jak żart. Ale spiąłem się.
Kiedy rozpakowywałem uchwyt, Marina kręciła się obok. Najpierw normalnie: podawała śrubki, pytała, gdzie lepiej powiesić, na jakim poziomie. Potem jakoś zbyt blisko stanęła. Czułem jej perfumy już nie w tle, ale prosto w twarz. Potem pochyliła się po pilota, chociaż pilot leżał tak, że bez żadnego pochylania się można było go wziąć. Potem położyła rękę na moim ramieniu.
– Andrzej, wcale się nie zmieniłeś.
Odwróciłem głowę:
– W jakim sensie?
– No… zrobiłeś się poważny, oczywiście. Ale taki sam spokojny. Świetka pokazywała wasze zdjęcia.
– A. Rozumiem.
Odwróciłem się o krok do ściany, przykładając poziomicę. I wtedy nagle bardzo jasno zrozumiałem: to nie moje wyobrażenie. Ktoś naprawdę próbuje… no, jakby to powiedzieć… nie tyle mnie uwieść, co po prostu przycisnąć się bez zaproszenia.
Zrobiło się nieprzyjemnie. Nie pochlebnie, nie śmiesznie. Nieprzyjemnie.
Bo kiedy jesteś dorosłym facetem, żonatym, przyjechałeś w interesach, a ktoś zaczyna sprawdzać twoją wytrzymałość, czujesz się nie jak wymarzony mężczyzna, ale jak człowiek, którego na siłę wciągają do cudzej gry.
– Marina, – powiedziałem jak najspokojniej, – pozwól, że szybko skończę i pojadę.
– Gdzie się tak spieszysz? – usiadła na kanapie, podkuliwszy nogi. – Herbaty, kawy, czegoś mocniejszego?
– Nic nie potrzebuję.
– Żona będzie łajać?
Powiedziała to z uśmiechem, ale z jakimś naciskiem.
– Nie. Po prostu czekają na mnie w domu.
Zamilkła na parę sekund, potem parsknęła:
– Szczęśliwy jesteś człowiek. Czekają na ciebie.
I właśnie tutaj, rozsądnie rzecz biorąc, powinienem był skończyć, zebrać narzędzia i wyjść. Ale telewizor był już w połowie powieszony, postanowiłem dokończyć. Zawsze moja zguba: jeśli coś zacząłem, muszę dokończyć, nawet jeśli wokół już pachnie nie tylko wanilią, ale i kłopotem.
Marina wstała, podeszła znowu blisko i powiedziała niemal szeptem:
– A Świetka ma rację. Jesteś bardzo porządny.
– W jakim sensie ma rację?
– Ot tak… dużo o tobie opowiadała.
Spojrzałem na nią uważniej. Bo uśmiechała się nie jak osoba, która flirtuje spontanicznie. Miała twarz osoby, która wykonuje z góry ustalony scenariusz.
– Co dokładnie opowiadała? – zapytałem.
– Że żyjesz od dawna jakby z przyzwyczajenia. Że z żoną u was już wszystko… no, cicho. Bez ognia.
Aż zdrętwiały mi ręce.
– Ona ci to powiedziała?
– No… jesteśmy przecież przyjaciółkami. Ona się o ciebie martwi.
Powoli położyłem wkrętarkę na podłodze.
– Posłuchaj. To, co mam z żoną, was obie w ogóle nie dotyczy.
Marina usiadła z powrotem, ale nie odwróciła wzroku.
– A jeśli dotyczy? Jeśli ktoś po prostu chce, żebyś w końcu przypomniał sobie, że jesteś żywym mężczyzną?
W tym momencie zrobiło mi się naprawdę obrzydliwie. Nawet nie z jej powodu. Z powodu Świetki. Z powodu tej taniej, jakiejś nastoletniej inscenizacji. Rodzona siostra pół roku nosiła urazę do mojej żony i postanowiła co? Udowodnić, że jestem słaby? Podsunąć mi przyjaciółkę? Zorganizować sprawdzian wierności, jak w tanim programie?
Nawet początkowo nie uwierzyłem. Tak bardzo było to głupie i podłe zarazem.
– Co tu się właściwie dzieje? – zapytałem.
Marina wzruszyła ramionami, ale uśmiech jej już zadrżał.
– Andrzej, nic takiego. Jesteś dorosłym człowiekiem. Ja jestem dorosłą kobietą. Po prostu siedzimy, rozmawiamy.
– Nie. Nie po prostu. Zostałem tu zaproszony, żeby powiesić telewizor. A nie to wszystko.
– A co to „wszystko”? – jej głos stał się ostrzejszy. – Ktoś cię na siłę trzyma? Jesteś jak święty.
Spojrzałem na nią:
– Nie święty. Po prostu nie chcę, żeby się do mnie przyczepiali.
Pewnie z boku brzmiało to prawie śmiesznie. Facet po pięćdziesiątce stoi z poziomicą i mówi kobiecie: „Nie chcę, żeby się do mnie przyczepiali”. Zazwyczaj jest przyjęte, że jeśli kobieta okazuje zainteresowanie, mężczyzna powinien albo się cieszyć, albo przynajmniej czuć się zaszczycony. A ja w tamtym momencie czułem tylko złość i wstyd. Jakby mnie bez pytania rozebrano moralnie i zaczęto dyskutować, czy dam radę, czy nie.
Marina wstała gwałtownie:
– Daj spokój. Można pomyśleć, że jest ci to wstrętne.
– Tak, – powiedziałem. – Teraz jest wstrętne.
Nastąpiła cisza. W kuchni kliknął lodówka. Za oknem ktoś klaksonem trąbił na podwórku. W sąsiednim mieszkaniu zaszczekał pies. I na tym tle Marina nagle zupełnie innym głosem, bez zmysłowości, bez gry, zmęczono powiedziała:
– Świetka mówiła, że jesteście prawie na krawędzi rozwodu.
– Świetka wiele mówi.
– Powiedziała, że żona cię nie docenia. I jeśli znajdziesz kogoś innego, to będzie tylko sprawiedliwe.
Zaśmiałem się. Szczerze. Nie dlatego, że było zabawnie, ale dlatego, że czasami od absurdu można się tylko w ten sposób uchronić.
– Sprawiedliwe? Chryste Panie. Ma pięćdziesiąt dwa lata, a żyje jakby w ósmej klasie. „Odbiorę ci męża”, „udowodnię ci coś”. Słyszycie siebie same?
Marina zaczerwieniła się. Po raz pierwszy zobaczyłem w niej nie pewną uwodzicielkę, ale zwykłą zmęczoną kobietę, która też, z jakiegoś powodu, weszła tam, gdzie nie powinna.
– Myślisz, że jest mi łatwo? – powiedziała cicho. – Ja też nie jestem już dzieckiem. I nie jestem idiotką. Po prostu…
Urwała.
– Po prostu co?
– Po prostu Świetka powiedziała, że jesteś nieszczęśliwy. Że potrzebujesz impulsu. Że od dawna żyjesz nie swoim życiem.
– A nie powiedziała, że sama od pół roku prawie się ze mną nie kontaktuje? Że jest obrażona, bo Lena nie chciała jej przeprosić za coś, czego nie zrobiła?
Marina spuściła wzrok.
I wtedy niespodziewanie dla siebie zrozumiałem jedną rzecz: nie jestem zły na tę kobietę. Może jest samotna, może sama chciała poczuć się pożądana, może uwierzyła w cudzą wersję wydarzeń. Nieprzyjemnie, owszem. Ale główny cios nie przyszedł od niej.
Przyszedł od siostry.
Od osoby, która wie, jak żyję. Która zna Lenę od trzydziestu lat. Która jadła u nas przy jednym stole, zostawiała u nas dzieci na weekend, pożyczała pieniądze, płakała u mnie w kuchni po rozwodzie. I ta osoba postanowiła wykorzystać mnie jak kij w swojej kobiecej wojnie.
Ostatnią śrubkę dokręciłem milcząc. Włączyłem telewizor. Na ekranie od razu wyskoczyła zapowiedź jakiegoś kanału muzycznego, i stamtąd energicznie zawyła piosenka o miłości. Nawet tutaj życie postanowiło zadrwić.
– Gotowe, – powiedziałem.
Marina stała przy oknie, obejmując się rękami.
– Andrzej.
– Co?
– Przepraszam.
Kiwnąłem głową. Bez wielkoduszności, bez pięknych słów. Po prostu kiwnąłem.
– I ty mnie przepraszam, jeśli byłam zbyt ostra.
– Nic się nie stało, – odpowiedziała i spróbowała się uśmiechnąć. – Telewizor wisi chociaż równo?
Spojrzałem i powiedziałem:
– Równo. Tutaj bez niespodzianek.
To był zły żart, ale nagle zadziałał. Marina prychnęła, potem się zaśmiała, potem dlaczegoś prawie się rozpłakała. Nie dociekałem. Po prostu wziąłem kurtkę i poszedłem do przedpokoju.
Już przy drzwiach powiedziała:
– Świetka prosiła, żebyś potem do niej zadzwonił.
Odwróciłem się:
– Nie dzwoń.
– Myślisz, że jestem taka głupia?
Wzruszyłem ramionami:
– Dziś – nie myślę.
Na ulicy było mokro, ciemno i pachniało mokrym asfaltem. Usiadłem w samochodzie i przez pięć minut po prostu siedziałem, nie uruchamiając silnika. Ręce naprawdę drżały. Nie od pokusy, nawet nie od adrenaliny. Od jakiegoś dziecięcego żalu. Dziwnie w moim wieku to przyznawać, ale kiedy zdradza cię nie obca osoba, a własna, w środku coś jakby się rozsypuje.
Świetka zadzwoniła sama, kiedy już wyjeżdżałem z podwórka.
Włączyłem głośnomówiący.
– No i co? – zapytała zbyt entuzjastycznie. – Pomogłeś Marince?
– Pomogłem.
– No i jak ona?
– Normalnie.
Pauza.
– I tyle?
– A co chcesz usłyszeć?
Zamilkła, potem sucho powiedziała:
– Nic. Po prostu pytam.
I właśnie wtedy pierwszy raz w życiu powiedziałem siostrze to, co od dawna powinienem był powiedzieć.
– Świetka, nie dzwoń do mnie więcej.
Po drugiej stronie cisza. Potem nerwowy chichot:
– Zwariowałeś?
– Nie. Wręcz przeciwnie. Nareszcie się otrząsnąłem.
– Andrzej, o co ci teraz chodzi?
– O to, że postanowiłaś zrobić mi podkładkę. O to, że wtrąciłaś się do mojej rodziny. O to, że chciałaś się przez mnie zemścić na Lence.
– Nikt ci się nie mścił! – od razu się wzburzyła. – Chciałam otworzyć ci oczy!
– Na co?
– Na to, jak żyjesz! Na to, że ona tobą manipuluje!
– Teraz to ty próbowałaś mną manipulować.
Znowu cisza.
Słyszałem jej oddech. I nagle zrozumiałem: ona przecież nawet nie uważa, że zrobiła coś potwornego. Dla niej to intryga, kombinacja, prawie dobra usługa. To właśnie było najstraszniejsze.
– Świetka, – powiedziałem już spokojnie, – mam żonę. Kocham ją. Nie zawsze łatwo, nie zawsze pięknie, ale to moja rodzina. I ty tam więcej nie wchodzisz. Wcale.
– Oczywiście, – wymruczała. – Teraz ja jestem winna we wszystkim. Jak zawsze.
– Nie. Nie jak zawsze. Ale konkretnie teraz.
Rozłączyłem się. Nie z dumy. Po prostu zrozumiałem, że dalej będzie tylko brudniej.
Do domu wróciłem późno. Lena otworzyła drzwi w ciepłym swetrze, z kucykiem na karku i z zapachem smażonych ziemniaków z kuchni. Najzwyklejszy wieczór. Najzwyklejsza kobieta. Moja.
– Coś ty taki? – zapytała od razu. – Co się stało?
I wtedy się zawahałem. Bo można było milczeć. Powiedzieć: zmęczony, korki, nic szczególnego. Wielu tak robi. Szczególnie mężczyźni w moim wieku. Połykają, ukrywają, udają, że sami sobie poradzą.
A ja nagle zrozumiałem, że nie chcę ukrywać.
Usiedliśmy w kuchni. Za oknem deszcz bębnił o parapet. Czajnik szumiał. Od ziemniaków z koperkiem szedł taki domowy zapach, że gula podjechała mi do gardła. I opowiedziałem wszystko. Prosto. Bez bohaterstwa. Bez upiększania. Nawet nieprzyjemne momenty opowiedziałem, gdzie było mi wstyd i obrzydliwie.
Siedziałem i patrzyłem na swoje ręce. Na paznokciach wciąż pozostał biały pył ze ściany. I nagle poczułem się jednocześnie lżej i ciężiej. Lżej – bo jestem w domu i już nie jestem sam w tej obrzydliwej historii. Ciężiej – bo to wszystko naprawdę się wydarzyło.
Lena nalała mi herbaty i cicho powiedziała:
– Dziękuję, że opowiedziałeś.
Niby proste słowa. Ale one wtedy przeszyły mnie na wskroś.
Nie „dlaczego pojechałeś”, nie „a może tobie samemu się spodobało”, nie „wszyscy faceci są tacy sami”. Po prostu: dziękuję, że opowiedziałeś.
Prawdopodobnie zaufanie właśnie tak wygląda. Nie w pięknych przysięgach. Ale w tym, że człowiek najpierw wierzy tobie, a potem dopiero złości się na okoliczności.
Następnego dnia Świetka napisała długą wiadomość. Że jestem niewdzięczny. Że Lena mnie nastawiła. Że chciała dobrze. Że Marina niby sama wszystko wymyśliła. Że jeszcze pożałuję. Że tak się nie postępuje z rodziną.
Przeczytałem, usunąłem i zablokowałem numer.
Od tamtego czasu minęło już kilka miesięcy. Siostra więcej się nie pojawiała. Przez wspólnych krewnych przekazywała, że „złamałem się pod pantoflem”. Niech sobie mówi, co chce. Wiesz, w wieku pięćdziesięciu czterech lat nagle bardzo jasno rozumiesz: nie każdy krewny to swój człowiek. I nie każda „troska” jest w ogóle o troskę.
Tę sobotę zapamiętałem zbyt dobrze. I, szczerze, wolałbym, żeby to był tylko krzywo powieszony telewizor.
