Helena zatrzasnęła pokrywę laptopa z taką złością, jakby to właśnie urządzenie odpowiadało za wszystkie nieszczęścia, które spadły na nią tego dnia.
Od rana wszystko układało się źle. Klient po raz trzeci odesłał projekt z nową listą poprawek, a lekarz podczas rozmowy telefonicznej ostrożnie zasugerował, że być może trzeba będzie zwiększyć dawkę leków. Jakby już teraz nie nosiła przy sobie połowy apteki.
Za oknem lutowy wieczór rozmazywał po szybach brudnoszarą warszawską mżawkę. Była szósta. Zwykle o tej porze Helena parzyła mocną herbatę z bergamotką, zawijała się w miękki koc i próbowała przez chwilę udawać, że świat niczego już od niej nie chce.
Tego dnia zwyczajny rytuał nie miał jednak dojść do skutku. Zamek w drzwiach wejściowych szczęknął niemal trzy godziny wcześniej niż zazwyczaj.
— Marek? Co ty robisz w domu tak wcześnie? — zapytała, nie odwracając głowy. Wpatrywała się w swoje odbicie na ciemnym ekranie laptopa.
Od mniej więcej roku ich rozmowy przypominały słuchowisko, w którym każde mówiło na własnej częstotliwości, a oboje tylko udawali, że słyszą drugą stronę.
— Musimy poważnie porozmawiać — odezwał się mąż przytłumionym głosem, jakby nagle dostał chrypki.
Helena uśmiechnęła się w duchu bez cienia radości. Po piętnastu latach małżeństwa rozpoznawała wszystkie odcienie jego tonu. Ten oznaczał mniej więcej: „Zrobiłem coś podłego, ale za chwilę i tak okaże się, że to twoja wina”.
— Mów — rzuciła i obróciła fotel.
Marek wyglądał jak kierownik średniego szczebla, który za moment ma usłyszeć, że firma redukuje etaty. Garnitur był nienagannie dopasowany, lecz twarz miał zmęczoną i pogniecioną, jakby całą drogę do domu ćwiczył przed lustrem odpowiednie miny.
— Postanowiłem wystąpić o rozwód — wyrzucił z siebie jednym tchem, niczym człowiek, który zmusza się do skoku do lodowatej wody.
W Helenie coś cicho pękło. Nie serce. Raczej ostatnia, cienka nić nadziei, że ich małżeństwo kiedyś naprawi się samo, bez rozmów, bez wysiłku, jakimś niewytłumaczalnym cudem.
— Ja już dłużej tak nie potrafię — ciągnął Marek, nerwowo przemierzając salon. — Szpitale, recepty, badania, twoje bóle, twoje skargi… Przecież ja też jestem człowiekiem! Mam dopiero czterdzieści dwa lata, a czuję się jak starzec!
— Czterdzieści trzy — poprawiła go odruchowo. — Jak ma na imię?
Zatrzymał się tak gwałtownie, jakby uderzył w niewidzialną ścianę.
— Kto?
— Nie zaczynaj przedstawienia — Helena niespodziewanie się roześmiała. — Nie jestem ślepa. Nowe koszule, karnet na siłownię, służbowe wyjazdy akurat w weekendy. To aż nazbyt banalne. Powiedz tylko, jak ma na imię.
— Julia — odpowiedział z taką czułością, że po plecach Heleny przebiegł chłód. — Ma dwadzieścia pięć lat. Jest zupełnie inna niż ty. Tyle w niej życia, tyle energii. A przede wszystkim jest zdrowa.
— I może urodzić ci dzieci — dodała spokojnie, bez wyrzutu.
Kiedyś wspólnie uznali, że nie będą ryzykować jej zdrowia dla ciąży. Przynajmniej przez wszystkie te lata Helena wierzyła, że była to naprawdę wspólna decyzja.
— Tak! — niemal krzyknął Marek. — Właśnie o to chodzi! Chcę normalnej rodziny, rozumiesz? Prawdziwego życia, a nie tego wiecznego trwania z dnia na dzień!
Helena powoli wstała z fotela. Ku własnemu zdziwieniu pomyślała o czymś zupełnie niedorzecznym: dobrze, że miała na sobie ulubiony domowy komplet, a nie stare, rozciągnięte spodnie dresowe. Nagle bardzo zależało jej, by wyglądać godnie w chwili, kiedy kończyło się jej piętnastoletnie małżeństwo.
— Dobrze — powiedziała pewniej, niż się czuła. — Zgadzam się.
— I tyle? Tak po prostu? — Marek wyraźnie przygotował się na zupełnie inną reakcję. Spodziewał się łez, histerii, krzyków, może szklanki rozbitej o ścianę.
— Mam jednak jeden warunek.
— Jaki znowu warunek? — w jego głosie natychmiast pojawiła się ostrożność.
Helena po raz pierwszy od początku rozmowy uśmiechnęła się naprawdę. Ten spokojny, niemal łagodny uśmiech zaniepokoił Marka bardziej niż awantura.
— Dowiesz się jutro. Daj mi czas do rana.
Kiedy drzwi zamknęły się za mężem, Helena chwyciła telefon. Palce drżały jej tak mocno, że dwa razy wybrała niewłaściwy kontakt.
— Aga? Możesz teraz rozmawiać? Potrzebuję pomocy. Tak, natychmiast. Nie, nie umieram, chociaż sytuacja jest prawie równie przyjemna. Marek chce rozwodu. Przestań lamentować i posłuchaj. Potrzebuję porady prawnej. Twój brat nadal prowadzi kancelarię? Mógłby przyjechać za godzinę?
Potem zaczęła metodycznie wyjmować dokumenty. Układała je na stole szerokim wachlarzem, jak karty do pasjansa. Piętnaście wspólnych lat nagle przybrało postać papierów: akt małżeństwa, umowa kupna mieszkania, dokumenty kredytu spłaconego trzy lata wcześniej, dowód rejestracyjny samochodu, polisy, wyciągi.
— A więc młoda i zupełnie zdrowa… Zobaczymy — mruknęła, wyciągając z szafy ciężki segregator pełen wyników badań i wypisów ze szpitala.
Dokładnie godzinę później ktoś zadzwonił do drzwi. Na progu stał Piotr, brat Agnieszki: wysoki, elegancki mężczyzna w drogim płaszczu, z ciemną skórzaną teczką w dłoni. Wyglądał jak prawnik z telewizyjnego serialu, który nigdy nie przegrywa spraw.
