Marta nie robiła tego z zemsty ani z chęci upokorzenia kogokolwiek. Kierowała się wyłącznie arytmetyką. Liczby nie obrażały się, nie kłamały i nie manipulowały. Pokazywały tylko wynik.
Przepisała obliczenia na czysty arkusz. Na górze dużymi, równymi literami napisała:
„Rachunek za wykonane usługi”.
Niżej wpisała datę i wszystkie pozycje. Na końcu umieściła koszt jednego obiadu oraz łączną kwotę za trzy lata.
Sto pięćdziesiąt sobotnich przyjęć.
Sto siedemdziesiąt siedem tysięcy złotych.
Tyle kosztowała praca, z której rodzina przez trzy lata korzystała całkowicie za darmo.
Kartkę wsunęła do czerwonej teczki, a teczkę schowała do torby obok portfela.
Nadeszła kolejna sobota.
Rano Halina przywiozła zakupy i zostawiła paragony na parapecie. Jeszcze nie zdjęła płaszcza, a już zaczęła wydawać polecenia. Jedzenia miało być dużo, mięso należało dobrze doprawić, a na produktach pod żadnym pozorem nie wolno było oszczędzać.
Tego dnia Marta wstała nawet wcześniej niż zwykle. Na targowisku wybierała najlepsze produkty i prawie nie patrzyła na ceny. Kwota nie miała już znaczenia. Chciała przygotować najwspanialszy stół, jaki kiedykolwiek pojawił się w tym mieszkaniu.
Niech krewni najedzą się do syta.
Niech zachwycają się każdą potrawą.
Niech dzisiejszy obiad będzie obfity, elegancki i bezbłędny.
A później Marta wyjmie z torby swój dokument.
Pracowała bez przerwy. Ugotowała galaretę, pokroiła sałatki, upiekła kurczaka, przygotowała szarlotkę, zrobiła rybę w galarecie i wstawiła kaczkę do piekarnika. Ręce wykonywały wszystkie ruchy automatycznie, jednak tym razem nie towarzyszyło jej ani zdenerwowanie, ani poczucie krzywdy.
Była spokojna.
Przed południem zaczęli przyjeżdżać krewni. Te same osoby zajęły swoje zwykłe miejsca. Agnieszka nie wypuszczała telefonu z dłoni. Dzieci natychmiast sięgnęły po widelce. Dalsze małżeństwo znów pojawiło się bez wyraźnego zaproszenia, jakby od dawna należało do najbliższego rodzinnego kręgu.
Stół uginał się od jedzenia.
Goście jedli, a Halina promieniała u jego szczytu. Osobiście dokładała każdemu kolejne porcje i powtarzała, że w tym domu bliskich zawsze przyjmuje się z rozmachem.
Kiedy podano herbatę, Halina zgodnie ze zwyczajem założyła okulary i sięgnęła do torebki po rachunek za produkty. Rozłożyła kartkę i już miała ogłosić, ile kosztowały dzisiejsze zakupy.
— Chwileczkę, pani Halino — odezwała się Marta. — Ja również przygotowałam rachunek.
Wstała od stołu.
Rozmowy ucichły natychmiast. Halina uniosła brwi. Paweł zastygł z filiżanką przy ustach.
Marta otworzyła torbę, wyjęła czerwoną teczkę, wysunęła z niej gruby arkusz i położyła go na stole obok talerzy.
— Skoro w tej rodzinie tak dokładnie liczymy pieniądze, proponuję, abyśmy dzisiaj policzyli wszystko uczciwie.
Podniosła kartkę i zaczęła czytać spokojnym, rzeczowym tonem, którym kiedyś odczytywała faktury i zestawienia.
— Zakup oraz dostarczenie produktów: sto dwadzieścia złotych. Osiem godzin pracy kucharza: sześćset czterdzieści złotych. Nakrycie stołu dla dziewięciu osób: sto pięćdziesiąt złotych. Sprzątanie kuchni i salonu po przyjęciu: sto osiemdziesiąt złotych.
Goście zaczęli spoglądać po sobie.
Agnieszka powoli odłożyła widelec. W pokoju zapadła niespotykana dotąd cisza, przerywana jedynie niewyraźnymi głosami z telewizora. Dalsza krewna ostrożnie położyła łyżkę obok talerza. Jej mąż spuścił wzrok na telefon, udając, że nagle znalazł na ekranie coś niezwykle ważnego.
Nawet dzieci przestały hałasować. Wyczuły, że dzieje się coś poważnego.
— Jest jeszcze jedna pozycja — ciągnęła Marta. — Dodatkowe poprawianie potraw według indywidualnych wymagań klienta. Dotyczy uwag takich jak: „za słone”, „za zimne” albo „sos podaj osobno”. Dziewięćdziesiąt złotych.
Na jej ustach pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech.
Dalsza krewna odsunęła niedojedzoną galaretę. Agnieszka odłożyła kawałek szarlotki, który przed chwilą zamierzała spróbować. Jej mąż przestał żuć i znieruchomiał.
Nad stołem, przy którym jeszcze kilka minut wcześniej bez przerwy brzęczały sztućce i kieliszki, zawisło ciężkie milczenie. Każdy z obecnych nagle poczuł prawdziwą cenę jedzenia, które przez lata dostawał za darmo.
— Łączny koszt jednego takiego obiadu wynosi tysiąc sto osiemdziesiąt złotych — powiedziała Marta. — To zwyczajna stawka rynkowa. Sprawdziłam ją bardzo dokładnie.
Zrobiła krótką przerwę i spokojnie nabrała powietrza.
Twarz Haliny poczerwieniała.
— Co ma znaczyć ten żałosny teatr? — syknęła.
— To nie jest teatr. To zwykła kalkulacja. Przecież sama pani zawsze powtarza, że pieniądze trzeba dokładnie rozliczać.
Marta odwróciła arkusz na drugą stronę.
— Teraz podsumowanie trzech lat. Sto pięćdziesiąt sobotnich obiadów. Razem sto siedemdziesiąt siedem tysięcy złotych. Tyle kosztuje moja praca, z której wszyscy tutaj korzystali bezpłatnie.
Ktoś nerwowo odchrząknął.
Mąż Agnieszki spuścił głowę i zaczął oglądać wzór na obrusie. Agnieszka spróbowała się roześmiać, ale z jej gardła wydobył się krótki, sztuczny dźwięk.
