Marek nerwowo zerknął na zegarek, wysiadając z taksówki przed terminalem lotniska. Do zamknięcia odprawy zostało niespełna czterdzieści minut, więc nie mógł pozwolić sobie na żadną zwłokę. W jednej dłoni ściskał torbę podróżną, drugą co chwilę sięgał po telefon, czekając na wiadomość od współpracowników, którzy byli już w Gdańsku. Ta podróż służbowa miała ogromne znaczenie, a spóźnienie mogło przekreślić efekt wielu miesięcy ciężkiej pracy.
Ruszył szybkim krokiem w stronę wejścia, niemal nie zwracając uwagi na szum samochodów, rozmowy ludzi i nieustannie przemieszczający się tłum. Nagle jego wzrok zatrzymał się na kobiecie, która kilkadziesiąt metrów dalej pospiesznie przechodziła przez jezdnię. Marek aż zwolnił. Przez krótką chwilę miał wrażenie, że serce przestało mu bić. Sylwetka kobiety do złudzenia przypominała Joannę, jego żonę.
Przez kilka sekund stał nieruchomo, próbując wmówić sobie, że wzrok płata mu figle.
Jeszcze tego ranka Joanna dzwoniła do niego ze wsi. Mówiła, że stan jej matki gwałtownie się pogorszył i praktycznie nie może odchodzić od jej łóżka. Prosiła Marka, żeby się nie martwił, i zapewniała, że wróci do domu za kilka dni.
Tymczasem kobieta, na którą patrzył, nie znajdowała się na wsi, lecz tutaj, tuż obok lotniska. Co więcej, absolutnie nie wyglądała jak ktoś, kto od kilku dni opiekuje się ciężko chorą matką. Miała na sobie elegancki jasny płaszcz, starannie ułożone włosy, a na ramieniu niewielką, kosztowną torebkę. Wyglądała spokojnie i schludnie. Na jej twarzy nie było widać ani zmęczenia, ani rozpaczy.
Marek odruchowo otworzył usta, chcąc ją zawołać, lecz w ostatniej chwili się powstrzymał. Niejasne przeczucie kazało mu cofnąć się o krok i schować za szerokim filarem przy wejściu.
Myśli kłębiły mu się w głowie. Może naprawdę się pomylił? W tak dużym mieście mogła przecież znaleźć się kobieta podobna do Joanny. Jednak po chwili nieznajoma odwróciła się bokiem i wszelkie wątpliwości zniknęły. Marek znał ten profil, sposób poruszania się, nawet gest, którym poprawiała włosy.
To była jego żona.
Joanna kilkakrotnie spojrzała na zegarek, po czym zaczęła rozglądać się dookoła, jakby na kogoś czekała.
Niepokój Marka narastał z każdą sekundą. Przypomniał sobie ich poranną rozmowę. Głos żony brzmiał wtedy na zmęczony, przygaszony, pełen troski. Opowiadała, że matka niemal nie wstaje z łóżka i że boi się zostawić ją samą choćby na kilka minut. Teraz każde z tych zdań powracało do niego jak starannie przygotowane kłamstwo.
Doskonale wiedział, że jeśli zostanie tutaj jeszcze kilka minut, najprawdopodobniej nie zdąży na samolot. Odwołanie wyjazdu w ostatniej chwili było niemal niemożliwe. Na spotkaniu musiał być osobiście.
Rozsądek jednak przestał mieć jakiekolwiek znaczenie.
Nie potrafił oderwać oczu od Joanny.
Dlaczego go oszukała? Po co przyjechała do miasta? I na kogo czekała przed lotniskiem?
Po kilku minutach przy krawężniku zatrzymał się czarny samochód z przyciemnianymi szybami. Wyglądał na drogi, a Marek był pewien, że nigdy wcześniej go nie widział.
Joanna bez najmniejszego wahania podeszła do drzwi od strony pasażera. Kierowca opuścił szybę o kilka centymetrów i z uśmiechem powiedział do niej kilka słów. Odpowiedziała swobodnie, jakby znała tego człowieka od dawna. Chwilę później otworzyła drzwi i wsiadła.
Marka ścisnęło w piersi.
Błyskawicznie wyjął telefon i zdołał zrobić zdjęcie samochodu. Próbował przyjrzeć się mężczyźnie siedzącemu za kierownicą, lecz szyba natychmiast powędrowała w górę, zasłaniając jego twarz.
Czarne auto powoli ruszyło.
W tamtej chwili lot, odprawa i ważne spotkanie biznesowe przestały dla Marka istnieć. Patrzył na oddalający się samochód i wiedział, że jeśli teraz pozwoli Joannie zniknąć, może już nigdy nie dowiedzieć się, dlaczego go okłamała.
Mocniej zacisnął dłoń na uchwycie torby, gwałtownie się odwrócił i pobiegł w stronę postoju taksówek. Postanowił jechać za samochodem bez względu na konsekwencje, nawet jeśli oznaczało to definitywną utratę lotu.
Wskoczył do pierwszej wolnej taksówki, usiadł z tyłu i wskazał kierowcy czarne auto widoczne jeszcze kawałek dalej.
Taksówkarz rzucił mu zdziwione spojrzenie w lusterku, ale nie zadawał pytań. Przyspieszył i sprawnie włączył się do ruchu.
Marek ani na moment nie spuszczał z oczu samochodu, którym jechała Joanna. Bał się, że zgubi go pośród dziesiątek podobnych pojazdów. Każde czerwone światło stawało się próbą nerwów. Gdy musieli się zatrzymać, serce Marka biło jeszcze szybciej. Wydawało mu się, że za chwilę czarne auto skręci za róg i wraz z nim znikną wszystkie odpowiedzi.
Po mniej więcej dwudziestu minutach samochód skierował się ku przemysłowej części miasta.
Okolica wyglądała niemal na wymarłą. Po obu stronach drogi ciągnęły się stare ceglane hale, nieczynne magazyny i zaniedbane podwórza porośnięte chwastami. Wszystko sprawiało wrażenie, jakby życie wyniosło się stąd wiele lat wcześniej.
Taksówka zatrzymała się w bezpiecznej odległości od śledzonego pojazdu. Marek zapłacił kierowcy, poprosił, by nie zadawał żadnych pytań, i wysiadł.