Anfisa stawiła powolne kroki wzdłuż brzegu stawu, kierując się w stronę punktu, który wyznaczyłi sobie przed laty. W jej um yśle walczyły ze sobą sceptycyzm i maleńka iskierka nadziei, która wciąż tliła się gdzieś głęboko w sercu, mimo upływu czasu. Przenikliwy, lodowaty wiatr zdawał się sprzysięgać przeciwko niej — bezlitośnie wdzierał się pod poły płaszcza, mrożąc krew w żyłach i szepczac do ucha, by porzuciła to szaleństwo i wróciła do bezpiecznej, ciepłej codziennej rutyny. Pytanie o to, czy Walera zachował w pamięci ten konkretny dzień, stało się fundamentem jej obecności nad stawem.
Wspomnienia zalały jej um yśl z taką siłą, jakby czas przestał istnieć, a ona znowu była tą małą dziewczynką w sukience upstrzonej rzepami. Przed oczami stawały jej jaskrawe obrazy: wspólne wyścigi do utraty tchu, zabawy w chowanego wśród gęstych zarośli i wiecznie pościerane, zakrwawione kolana Walery. Ten chłopak był prawdziwym „sorwigłową”, który zdawał się kolekcjonować blizny i siniaki z niemal radośną dumą, zwłaszcza gdy widział troskę w oczach Anfisy. Czasami odnosiła wrażenie, że on wpadał w te wszystkie kłopoty specjalnie, byle tylko poczuć dotyk jej dłoni opatrującej rany.
Pamiętała dokładnie ten dzień nad brzegiem, gdy Walera, wgłupiając się i strojac miny na małej wysepce, poślizgnął się i z wielkim pluskiem wpadł do wody. Gdy wygrebał się na brzeg, mokry i roz czochrany, powiedział jej ze spokojem: „Za to o tobie wszystko wiadomo. Zostaniesz lekararką. A za dwadzieścia lat spotka my się tu: dwudziesty kwietnia, rok dwudziesty drugi, godzina piętnasta.”
Rozstali się nagle, gdy jego ojciec otrzymał rozkaz wyjazdu do tajnej bazy w Zapolarzu. Tam, gdzie nie było zasięgu, gdzie listy szły miesiącami, a czas płynął inaczej. Walera odchodził z cichym uśmiechem, przypominając o roku dwudziestym drugim. To wspomnienie stało się dla Anfisy kotwicą w dorosłym życiu. Przeszła przez trudy studiów, dyżurów i budowania kariery w prywatnej klinice, czując w sercu pewnego rodzaju pustkę, której nie potrafił wypełnić żaden inny mężczyzna.
Teraz, gdy zegarek pokazywał za pięć trzecia, jej serce niemal wyrywało się z piersi. Kiedy dostrze gła mężczyznę w mundurze siedzącego na brzegu, świat na moment zawirował. To nie był Walera, lecz jego wysłannik, który przyniósł wiadomość o tym, że służba i obowiązek ojcz yźniany nie pozwoliły mu przybyć osobiście, ale pamięć o obietnicy pozostała nienaruszona. Anfisa, wręczając swoją wizytówkę, czuła, jak lodowaty wiatr przestaje mieć znaczenie. Wiedziała już, że będzie czekać, bo pewne miejsca na mapie serca są niezmienne.
