— Wiem — Andrzej podszedł do stołu, zabrał papiery. — Cyryl Siergiejewicz Wołkow. Artykuł o oszustwie dokonanym w grupie lub skutkującym utratą mienia. Do dziesięciu lat, prawda?
Spojrzał na notariuszkę. Kobieta z teczką zaczęła wycofywać się do drzwi, przyciskając dokumenty do piersi.
— Ja… ja tylko przyniosłam projekt umowy… Niczego nie poświadczyłam…
— Idźcie stąd — powiedział cicho Andrzej. — Dopóki możecie.
Kobieta wypadła z mieszkania jak oparzona.
Cyryl został sam ze swoimi ludźmi. Patrzył na Andrzeja, potem na mnie. W jego oczach płonęła wściekłość. Wiedział, że ten interes właśnie spalił na panewce.
— Jeszcze się spotkamy — wycedził przez zęby, patrząc na mnie z nienawiścią. — Pożałujesz tego.
— Spróbuj — odpowiedział za mnie Andrzej. — Tylko pamiętaj, że teraz ja nad nią czuwam. A ja nie mam nic do stracenia.
Cyryl przeklął pod nosem i wyszedł. Drzwi za nim trzasnęły tak mocno, że posypał się tynk.
W mieszkaniu zapadła cisza. Słychać było tylko szum starej lodówki i ciężki oddech ciotki. Powoli podniosła na mnie wzrok. W jej oczach malowało się przerażenie, wstyd i świadomość tego, w jakie bagno sama się wpędziła.
— Wiera… — jej głos drżał. — On mówił, że narobiłaś długów… Że źli ludzie zabiorą mieszkanie, jeśli nie przepiszę go na niego… Że on nas uratuje… Mówił, że bierzesz narkotyki…
— Och, ciociu Ninu — westchnęłam, czując, jak opuszczają mnie siły, i po prostu usiadłam na pufie przy wejściu. — Sama sobie to pani wmówiła. Ja trzy lata siedziałam za cudze winy, a pani postanowiła mnie ostatecznie pogrążyć.
Ciotka zakryła twarz dłońmi i wybuchnęła płaczem. Głośnym, rozpaczliwym, kołysząc się na taborecie. Patrzyłam na nią i nie czułam żalu. Tylko ogromne zmęczenie.
Andrzej podszedł, schował narzędzie do kieszeni.
— Jest herbata? — zapytał ciotkę zwyczajnym tonem, jakby nic się nie stało.
— A? — ocknęła się, rozmazując łzy. — Jest… Z macierzanką. I dżem… wiśniowy.
— Niech pani parzy. Mocną. Wiera potrzebuje.
Siedzieliśmy w kuchni. Ciotka krzątała się, brzęcząc filiżankami, bojąc się spojrzeć mi w oczy. Patrzyłam na znajome tapety, na kwiatek na parapecie, który podlewałam jeszcze jako uczennica, i zrozumiałam: to jest mój dom. I nikomu go nie oddam.
— Zostaniesz? — zapytała cicho ciotka, stawiając przede mną kubek z ubitym uchem.
— Zostanę — odpowiedziała twardo. — Nie mam innego miejsca. I pani też nie może zostać sama. Mogą wrócić.
Skinęła głową i znów zapłakała. Nie przytuliłam jej. Było na to za wcześnie. Uraza wciąż tkwiła we mnie głęboko, ostra jak zadra. Ale przysunęłam do niej miseczkę z dżemem.
Andrzej dopił herbatę i wstał.
— Muszę jechać. Jutro mam zmianę. Praca czeka.
Wyszłam go odprowadzić do drzwi.
— Dziękuję — powiedziałam, patrząc mu w oczy. — Gdyby nie ty… Dlaczego mi pomogłeś? Przecież prawie mnie nie znasz.
Uśmiechnął się lekko i jego twarz zupełnie się zmieniła.
— Wiem, jak to jest, gdy wszyscy się od ciebie odwracają. Ja też kiedyś miałem wszystko. Dawno temu.
Nie ciągnął tematu.
— Koniecznie zmień jutro zamki. I, Wiera…
— Tak?
— Nie jesteś już sama. Pamiętaj o tym.
Zamknęłam za nim drzwi i pierwszy raz od wielu lat przekręciłam zasuwę nie ze strachem, a z ulgą. Przede mną była długa zima, korowody z dokumentami, życie obok osoby, która mnie zdradziła, i czekanie na kłopoty ze strony Cyryla. Ale to było życie. Moje życie. I zamierzałam o nie walczyć do samego końca.