„Stara szkapa” niepotrzebna? Mąż odszedł do dwudziestolatki, a pół roku później… ujrzał jej Mercedes, z którego oblewała go błotem!

W tym momencie Halina podjęła decyzję. Mogłaby zaproponować, że ich podwiezie z litości. Mogłaby wygłosić kazanie o moralności. Mogłaby po prostu odjechać dumnie z zadartym nosem. Ale przypomniała sobie, jak nazywał ją starą szkapą. Jak zabierał ostatnią gotówkę z sejfu. Jak upokorzył jej dwadzieścia pięć lat troski jednym zdaniem, przekreślającym wszystko.

— Wybacz, Olegu, śpieszę się! Zamówienia gonią, klienci czekają!

Przełączyła skrzynię biegów w tryb sportowy i gwałtownie, do oporu, wcisnęła pedał gazu. Czterysta koni mechanicznych odpowiedziało potężnym mrukiem. Szerokie opony wgryzły się w mokry asfalt. A konkretnie w głęboką, czarną kałużę przed przystankiem. Fontanna brudnej, lodowatej mazi wystrzeliła w górę gęstą ścianą. To było piękne, niemal filmowe.

Fala nakryła ich całkowicie. Zalała osłupiałą twarz Olega, wpadła mu do otwartych ust. Zamieniła białe futerko Krystyny w szarą ścierkę do podłogi. Błoto ochlapało ich od stóp do głów, nie zostawiając ani jednego czystego miejsca.

— Ty małpo!!! — pisk Krystyny przebił się przez szum deszczu i warkot silnika.

— Oj, przepraszam! — krzyknęła Halina, patrząc w lusterko wsteczne na oddalające się postacie. — Opony nowe, zbyt zrywne! Szkapa okazała się wyścigowa!

Zamknęła okno, podgłośniła jazz i roześmiała się. Śmiech był czysty, lekki i uwalniający. Gdzieś w środku, w piersi, wreszcie rozwiązał się ciasny węzeł żalu, który męczył ją przez cały rok.

Krystyna wrzeszczała tak, że zakurzone szyby w budce warsztatu drżały.

— Jesteś nieudacznikiem! Jesteś gołodupcem! — wyła, rozmazując drogowe błoto po twarzy. — Twoja była jeździ Mercedesem, a my stoimy w kałuży?! Moje buty za tysiąc euro są zniszczone!

Oleg milczał, wypluwając piach. Brudna woda spływała mu za kołnierz, zimna i obrzydliwa.

— Odchodzę! — oświadczyła Krystyna, tupiąc nogą. — Do Ashota! On ma sieć barów, będzie mnie nosił na rękach! I ma sprawny samochód!

Wbiegła na jezdnię, desperacko machając rękami przed nadjeżdżającym busem. Żółta furgonetka zatrzymała się, oblewając Olega kolejną porcją bryzgów. Krystyna wskoczyła do środka, nawet nie oglądając się na pożegnanie.

Oleg został sam pod dziurawym daszkiem przystanku. Telefon w mokrej kieszeni żałośnie zapiszczał. Przyszedł SMS z banku: „Odmowa transakcji. Niewystarczające środki na opłacenie naprawy. Proszę zasilić konto”. Patrzył w ślad za oddalającymi się czerwonymi światłami białego SUV-a. Halina nie tylko go minęła. Przejechała po jego samoocenie. Rozjechała ją na asfalcie cienką warstwą. I co najgorsze — wyglądała fantastycznie. Była żywa, prawdziwa. A on czuł się jak zbędny balast, który wyrzucono za burtę.

Wieczorem do drzwi odnowionego mieszkania Haliny zadzwonił dzwonek. Zrobiła już designerski remont i wymieniła drzwi na antywłamaniowe, ale dźwięk pozostał ten sam. Halina spojrzała w kolorowy ekran wideodomofonu. Na klatce stał Oleg. Był umyty, ubrany w coś starego, ale wyglądał na wymiętego jak zużyty papierek. W rękach trzymał nędzny bukiet goździków, pewnie kupiony w promocji przy metrze, i butelkę taniego szampana.

Halina otworzyła drzwi, ale nie zdjęła solidnego łańcucha.

— Halusia — zaczął, próbując uśmiechnąć się swoim firmowym, czarującym uśmiechem, który dawniej działał na nią bezbłędnie.

Ale teraz ten uśmiech wygląda jak żałosny grymas. Oczy mu biegały, szukając oparcia.

— Cześć. Tak sobie pomyślałem… Jesteśmy bliskimi ludźmi, tyle lat razem.

— Krewni, Olegu, bywają różni — odpowiedziała chłodno Halina, nie otwierając drzwi szerzej. — Czego chcesz?

— Wszystko zrozumiałem — teatralnie przyłożył rękę do serca. — Krystyna to było opętanie. Kryzys twórczy. Diabeł kusił, każdemu może się zdarzyć. To wydmuszka, głupia lalka. A ty… ty jesteś moim murem. Moim bezpiecznym zapleczem. Wybaczam ci ten prysznic z kałuży, naprawdę, nie gniewam się. Rozumiem, emocje, kobieca natura. Jestem gotów wrócić do rodziny. Zacznijmy od nowa. Nawet na kota się zgadzam, pal licho, niech gubi sierść, wytrzymam.

Halina patrzyła na niego i nie poznawała go. Gdzie ten pewny siebie pan życia? Przed nią stał zestarzały, zmęczony mężczyzna z rozbieganym wzrokiem, szukający, do kogo by się przytulić, by znów żyć w cieple i sytości.

— Wrócić? — zapytała z autentycznym zdziwieniem.

— No tak. Widzę przecież, że odżyłaś, rozkwitłaś. Brawo, chwalę cię. Razem będzie nam łatwiej prowadzić biznes. Zostanę dyrektorem, pokieruję procesem, będziemy się skalować… Mam pewne pomysły.

— Olegu — ostro przerwała jego potok fantazji. — Miejsce jest zajęte.

Olegowi oczy wyszły na wierzch z zaskoczenia.

— Przez kogo?! — spróbował bezceremonialnie zajrzeć przez szparę. — Faceta sprowadziłaś?! Tak szybko?

Z głębi korytarza dobiegło ciężkie, basowe warczenie, od którego wibrowała podłoga. Do drzwi podszedł kołyszącym krokiem roczny buldog angielski. Potężny, krępy, z szeroką klatką piersiową i imponującą szczęką. Spojrzał na Olega z dołu jak na kawałek nieświeżego mięsa.

— Poznaj Bucks’a — uśmiechnęła się Halina, gładząc psa po karku. — On, w przeciwieństwie do ciebie, jest wierny, nie szczeka po próżnicy, nie wymaga „inspiracji” i świetnie pilnuje mnie przed starymi kozłami.

— Hala… Przecież jesteśmy rodziną! Dwadzieścia pięć lat życia! Nie możesz tak po prostu…

— Przez dwadzieścia pięć lat byłam dla ciebie „szkapą”, Olegu. A teraz jestem szczęśliwą kobietą i przedsiębiorcą. I mam jutro bardzo ważne i drogie zlecenie.

— Jakie? — zapytała machinalnie.

— Tort weselny dla Ashota i Krystyny. Wyobraź sobie, zamówili pięciopiętrowy, z żywymi kwiatami i płatkami złota. Najdroższy w moim cenniku. Wpłacili sto procent zaliczki, bez targowania się.

Oleg zbladł, zamieniając się w słup soli.

— Więc wybacz — Halina zaczęła zamykać ciężkie drzwi. — Muszę nasączać biszkopty, praca nie czeka. A tobie… powodzenia w rozwoju.

— Hala! — krzyknął w rozpaczy.

Drzwi zamknęły się z głuchym, solidnym dźwiękiem. Zamek szczęknął. Oleg postał minutę na korytarzu, słuchając, jak za drzwiami Halina mówi do kogoś czułym głosem: „Bucks, chodź, dam ci ciastko. Specjalne, zdrowe”.

Powlókł się do windy, szurając podeszwami. W brzuchu zdradziecko i głośno mu zaburczało. Na taksówkę nie miał, karta zablokowana. W domu, w pustej lodówce, zdaje się, że nawet zupka chińska się skończyła. Nacisnął przycisk przywołania i zobaczył swoje zniekształcone odbicie w polerowanym metalu drzwi windy. Stary, pomięty, nikomu niepotrzebny człowiek z butelką taniego szampana.

— Szkapa — powiedział do swojego odbicia z gorzkim uśmiechem. — Stara szkapa.