A potem zdarzył się cud – dyrektor międzynarodowej firmy odnalazł Mateusza i przyszedł wieczorem do domu:
– Mateuszu, proponuję poważną posadę. Wyjazdy zagraniczne, wysoka pensja, premie.
– Dlaczego taka zaszczyt?
– Uratowałeś moją żonę i syna. Jestem ci dozgonnie wdzięczny.
Mateusz czekał na Elżbietę, podniósł ją, wirując po mieszkaniu:
– Teraz wszystko będzie dobrze! Elu, tak cię kocham!
– Cieszę się za ciebie – powiedziała cicho. – Ale nie możemy już być razem. Odchodzę.
Mateusz osunął się w fotelu:
– Elu, co mówisz? Jak?
– Prosto. Wiedziałam o każdej zdradzie. Przebaczałam, wierzyłam, że jestem ci potrzebna. Później poczułam, że przestałeś mnie kochać. Pojawiła się inna, głębsza niż kochanka. To bolało. Chciałam uratować rodzinę, potem straciłam dziecko z przeżyć. Tego nie zauważyłeś. W dniu wypadku chciałam odejść z życia. Telefon od lekarzy temu zapobiegł. Potem rekonwalescencja, bieda. Teraz jesteś zdrowy, a ja odchodzę. Nie kochasz mnie od dawna. Teraz ja nie kocham ciebie.
– Elu, daj mi szansę, błagam…
Elżbieta milczała. Rano odeszła.
Minęły trzy lata. Mateusz znowu był sukcesem, poważny, a jedynie formalny uśmiech zdradzał emocje. Kobiety traktował wyłącznie zawodowo.
Nocami błagał w ciemności:
– Wróć, proszę, wróć…
Pewnego dnia, stojąc w korku, przypadkowo zadzwonił do studia radiowego:
– Zraniłem moją żonę, Elżbietę, chcę prosić o wybaczenie.
– Jaką piosenkę dla niej zamówisz? – zapytał głos w słuchawce.
– „Tęsknię za tobą, witam samotne poranki…”
Mateusz przebywał w małym mieście pod Warszawą. Wieczorem wyszedł na spacer. Pogoda była piękna, miasto tętniło spokojnym życiem. Wyobrażał sobie rodziny przy kolacji, u nich wszystko dobrze. A u niego nic.
Nagle trzyletni chłopiec prawie wpadł pod niego. Mateusz zdążył go złapać:
– Dokąd tak biegniesz, maluchu?
– Tato? – zapytał zdziwiony chłopiec.
Dziecko objęło go za szyję, patrząc w oczy:
– Odnalazłeś mnie, tato?
Do nich dobiegła starsza kobieta:
– Wania! Co za strach – wzięła chłopca na ręce, szepcząc „Dziękuję!” – i odeszła. Chłopiec ciągle krzyczał:
– Tato! Tam mój tata! Puść!
Mateusz patrzył, myśląc, ile by dał, by nazwać go synem. Kilka wieczorów później wracał, ale chłopiec i babcia już się nie pojawili.
Po drodze do restauracji bandyci zablokowali mu drogę. Mateusz rzucił się w bójkę; po dwudziestu minutach przechodnie znaleźli go pobitego i wezwali karetkę. W przychodni pielęgniarka zapisała dane, zaprowadziła do lekarza.
Mateusz, chwiejnie wchodząc, prawie upadł – podtrzymała go Elżbieta.
– Moja kochana! Szukałem cię i znalazłem. I tak znalazłem! – szepczał, całując jej ręce.
– Elu, wybacz, tęsknię za tobą.
Powtarzał bez końca:
– Przepraszam za wszystko, Elu, wracaj…
Elżbieta obejrzała rany, upewniła się, że nie ma złamań, opatrzyła skaleczenia. Chciała go wysłać do domu, ale Mateusz nie mógł odejść. Zamówiła taksówkę i wyszła z nim:
– Czas minął. Wszystko już skończone. Nie powtórzy się.
– Nie, teraz cię nie puszczę. Będę mieszkać u twojego progu.
– Mateusz, mam syna.
W tym momencie w kieszeni Elżbiety zadzwonił telefon.
– Co się stało? – zapytał Mateusz.
– Niania mówi, że syn złamał rękę.
Mateusz otworzył drzwi taksówki:
– Szybko, wsiadaj!
W domu płakał mały Wania, a wokół biegała babcia.
– Mamo! Tato! – krzyczał chłopiec.
Elżbieta obejrzała rękę, potrzebna była wizyta w szpitalu. Tamara opowiadała:
– Spadł ze stołka, patrzył na mamę przez okno.
Mateusz wziął syna na ręce, chłopiec przytulił się, a Mateusz dostrzegł swój portret w starym kredensie.
– To mój tata! – powiedział chłopiec. – Mamo, mówiłaś, że mnie znajdziesz.
– Znalazłem, synku, znalazłem.
Elżbieta stała w drzwiach, łzy spływały po policzkach.
W szpitalu okazało się, że nie ma złamania, tylko stłuczenie. Elżbieta usiadła obok Mateusza.
– Kiedy odeszłam, nie wiedziałam, że jestem w ciąży. Później postanowiłam nie mówić. Po porodzie i kilku miesiącach mieszkałam u ciotki w wiosce. Potem przyjechałam, wynajęłam mieszkanie i poprosiłam Tamarę, by opiekowała się Wanią, gdy pracuję.
– Właśnie złapałam go, gdy biegł na ulicę.
– Co?
– Nie, tato, biegłem do ciebie – szeptał dziecko.
– Poznałem cię! Jesteś na portrecie, mama mówiła, że przyjdziesz.
– Och, synku…
– Elu, dlaczego nie ukryłaś przed Wanią, kto jest jego ojcem?
– Słyszałam tę piosenkę. Zamówiłeś ją w radiu?
– Śpiewałeś ją ty?
– Teraz zrozumiałam, że nie mogę bez ciebie żyć, że naprawdę cię kocham.
– Kocham cię, Elu.
Tydzień później Mateusz, Elżbieta i Wania wrócili do Warszawy. Radosny śmiech syna ożywił mieszkanie, a Mateusz bał się, że to sen.
Ale ukochana była obok, i Mateusz zrozumiał, że ktoś ponad nimi podarował mu szczęście, którego wcześniej nie doceniał.
