„Szukam żony, ale bez mieszkania razem: u mnie ma być porządek, obiad na stole, a ona niech wraca do siebie. Jedna wspólna noc wystarczy”

Szczerze nie rozumiem, kiedy kobiety przestały chcieć wychodzić za mąż. Kiedyś małżeństwo oznaczało pozycję, bezpieczeństwo, powód do dumy. A teraz kobieta może mieć czterdzieści pięć, pięćdziesiąt lat, być po rozwodzie, mieszkać sama — i nadal przebierać. Nadal pytać, co dostanie w zamian. Jakbym ja składał podanie o pracę i czekał na decyzję komisji.

Przecież nie żądam niczego nadzwyczajnego. Nie chcę, żeby kobieta siedziała ze mną dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nie zabraniam jej pracować, spotykać się z koleżankami, mieć własnego życia i własnej przestrzeni. Wprost przeciwnie — mieszkaj u siebie, ciesz się ciszą, odpoczywaj, rób swoje. Po prostu bądź żoną naprawdę: wspieraj mnie, gotuj, dbaj o ciepło domu. Czy to naprawdę aż tak wiele?

A jednak za każdym razem widzę tę samą reakcję. Kobiety chcą partnerstwa, a nie obowiązków. Pytają o wzajemność, o dzielenie codzienności, o bliskość emocjonalną. I nie potrafię zrozumieć, dlaczego nagle stało się to warunkiem koniecznym.

Czasami przychodzi mi do głowy myśl, że może problem wcale nie polega na tym, że one nie chcą małżeństwa. Może po prostu nie chcą takiego małżeństwa, w którym ktoś widzi w nich zestaw funkcji, a nie żywego człowieka. Ale szybko odsuwam od siebie tę myśl. Bo gdybym zatrzymał się przy niej na dłużej, musiałbym przyznać, że świat dawno poszedł dalej, a ja wciąż próbuję żyć według dawnych zasad.

Mimo wszystko nadal wierzę, że gdzieś jest kobieta, która doceni stabilność, jasne warunki i brak zbędnego zamieszania. Pytanie tylko, czy zgodzi się nazwać to małżeństwem, a nie wygodnym grafikiem usług domowych.