— Mamo, zamknij się! — nagle ryknął Piotr.
Jego blade czoło pokryły duże krople potu. Szarpnął rękaw, wyrywając go z palców matki. Spokojne życie w ciepłym urzędowym gabinecie, pewna emerytura i służbowa toyota przemknęły mu przed oczami i rozsypały się w pył.
— Madzia… A mieszkanie? Ja przecież muszę gdzieś mieszkać… — wymamrotał żałośnie.
— Zamieszkasz u mamy — odpowiedziała lodowato Magdalena. — Ma dwa pokoje w bloku z wielkiej płyty, miejsce się znajdzie. A teraz zbierasz jej rzeczy i wyprowadzasz ją za bramę ROD. Żeby jej cień więcej tutaj nie padł. Twoje pięć minut się kończy, Piotr.
— Piotr! Ty własną matkę na ulicę wyrzucisz?! Przez tę babę?! — Halina zaczęła ciężko oddychać i złapała się za serce, ale jej zwyczajna teatralna scena tym razem nie zadziałała.
— Mamo, pakuj rzeczy! — krzyknął Piotr. — Rozumiesz, że mogą mnie wsadzić?! O to ci chodziło z tymi grządkami?! Przez twój upór pójdę pod sąd! Natychmiast się zbieraj!
Wpadł do pokoju, otworzył stary kredens i zaczął rzucać na podłogę rzeczy matki: wełniane swetry, znoszone podomki, kolorowe chustki. Halina stała pośrodku werandy, jakby nie wierzyła, że to dzieje się naprawdę. Cała jej władza nad synem pękła jak bańka mydlana w zetknięciu z jego własnym strachem.
Po dziesięciu minutach Piotr wyciągnął na werandę ogromną, pasiastą torbę z bazaru, zapiętą byle jak na słaby zamek.
— Piotruś… — przeciągnęła cicho teściowa, głosem pełnym urazy, ale syn nawet na nią nie spojrzał. Chwycił ją za łokieć i niemal pociągnął do wyjścia.
— Idź, mamo. Szybciej, proszę. Pociąg masz za dwadzieścia minut, zdążysz.
Magdalena stała na schodkach, z rękami skrzyżowanymi na piersi, i patrzyła w milczeniu.
Zmierzch szybko opadał na ogródki działkowe. Piotr prawie wypchnął matkę za metalową furtkę, rzucił torbę pod jej nogi i z hukiem zasunął zasuwę. Halina została pośrodku zakurzonej alejki, przydeptując rąbek długiej spódnicy. Z ciemności dobiegł jej głuchy krzyk, przechodzący w pisk:
— Żebyście szczęścia nie zaznali, niewdzięcznicy! Zapamiętasz moje słowa, Piotrek! Jeszcze przyczołgasz się do matki!
Ale Piotr już biegł z powrotem na werandę, pośpiesznie wycierając czoło rękawem kurtki.
— Madzia, zrobiłem wszystko, jak powiedziałaś. Jedźmy do notariusza, podpiszę, co trzeba. Proszę, tylko nie składaj tych papierów…
— Jedziemy — powiedziała cicho Magdalena, zabierając ze stołu swoją teczkę.
Następnego dnia.
— Madzia, trzeci dół prawie wykopałem… — Piotr wbił łopatę w ciężką, szarą glinę i otarł pot z czoła brudnym grzbietem dłoni. — Tu trzeba więcej drenażu, prawda? Tak jak twój dziadek robił?
Magdalena siedziała na werandzie i powoli mieszała herbatę w starej dziadkowej filiżance ze złotą obwódką. W domku znowu pachniało sosną, suchym tymiankiem i czystością. Babciną koronkową narzutę, delikatnie dopraną z gliny i wysuszoną na wietrze, rozłożono na starannie posłanym łóżku.
Spojrzała na męża przez otwarte okno.
Piotr wyglądał na wykończonego. Jego dawniej idealnie ułożone włosy sterczały we wszystkie strony, twarz miał mocno spaloną słońcem, a dłonie urzędnika, obklejone na krzyż tanim materiałowym plastrem, pokrywały wielkie żółtawe odciski. Obok niego, na trawie, stały ciężkie czarne donice ze szkółki. Na każdej bielała plastikowa etykieta: „Piwonia odmianowa, 3-letnia”. Piotr wydał na nie całą prywatną skrytkę, którą przez trzy lata odkładał na nowy, mocny laptop.
— Dodaj wiadro piasku i popiół — powiedziała krótko Magdalena, nawet nie upiwszy herbaty.
Piotr postał chwilę, przestępując z nogi na nogę, jakby liczył, że zawoła go na werandę albo chociaż zaproponuje mu zimny kompot. Ale Magdalena patrzyła obok niego, na świeżo pobieloną cembrowinę studni.
— Madzia… — odezwał się cicho, robiąc krok w stronę schodków. — Przecież ja wszystko naprawiam, prawda? Znalazłem odmianowe krzewy, huśtawkę po dziadku zamówiłem u stolarza według rysunków, przywiozą w następny weekend… My jeszcze możemy to odzyskać? Tak jak było? No, głupio zrobiłem, posłuchałem mamy, ale chyba pokazałem, że zrozumiałem?
Magdalena odstawiła filiżankę na spodek.
— Niczego nie pokazałeś, Piotr — odpowiedziała spokojnie, bez gniewu. — I niczego już nie da się cofnąć. Jesteś tutaj nie dlatego, że jesteś dobrym mężem. Jesteś tutaj dlatego, że ratujesz własną skórę przed sprawą karną i zwolnieniem dyscyplinarnym.
Piotr przełknął ślinę.
— Ale ja się staram… — wymamrotał, spuszczając głowę.
— Odpracowujesz dług wobec mojego dziadka — Magdalena wstała i podeszła do balustrady, patrząc na niego z góry. — Za to, że podniosłeś rękę na jego pamięć i ukradłeś moje dokumenty. Kiedy ten ogród będzie taki, jak przed waszym przyjazdem — czysty, żywy i kwitnący — wtedy się zastanowię. Czy od razu złożyć pozew o rozwód, czy pozwolić ci jeszcze przez jakiś czas być moim kierowcą i robotnikiem. A teraz kop. Słońce niedługo zajdzie, a masz jeszcze trzy krzewy do posadzenia.
Mąż postał sekundę, potem bez słowa odwrócił się, podszedł do dołu, chwycił trzonek łopaty i znowu z całej siły wbił sztych w upartą ziemię.
Magdalena patrzyła na jego zgięte plecy z lekkim, prawie niewidocznym uczuciem ulgi.
Za płotem sąsiadki z ROD szeptały już bez ustanku, obserwując, jak dawniej ważny i dumny Piotr posłusznie zgina kark pod chłodnym spojrzeniem żony. Jedne kobiety mówiły z satysfakcją: „Dobrze mu tak, zdrajcy, niech się teraz napoci!”. Inne wzdychały ze współczuciem: „No czy tak można z chłopem? Baba przez jakieś kwiatki całkiem zdziczała, wyciśnie go do sucha i wyrzuci…”.
Ale Magdaleny zupełnie nie obchodziło, co mówią.
