— Wstawać, natychmiast! — ostry głos mojej teściowej przeciął mieszkanie dokładnie o ósmej rano. Wtedy jeszcze nie miała pojęcia, że za kilka godzin sama będzie upychała swoje rzeczy do walizki.
— No proszę, jaśnie pani! Do czwartej nad ranem nie spała! Wielka dama się znalazła! Podnoś się w tej chwili! W mieszkaniu bałagan, normalnego jedzenia nie ma, a ona sobie leży! — krzyczała tak, że jej głos wbił się w mój sen jak ciężki młot w beton.
Powoli otworzyłam powieki i przez chwilę patrzyłam nieruchomo w sufit. Głowa pulsowała mi tępym bólem. Na zegarku była równo ósma. Spałam zaledwie trzy godziny, bo w nocy kończyłam trudne zlecenie, dzięki któremu mieliśmy dopiąć cały miesiąc. Dla Janiny Kowalskiej nie miało to jednak żadnego znaczenia. W jej świecie siedzenie przy laptopie nie było pracą, tylko wygodną wymówką, żeby wymigać się od garów, szmaty i gotowania.
Podniosłam się na łóżku, czując, jak pod zmęczeniem narasta we mnie chłodna złość. To była moja sypialnia, moje łóżko, nasze z Pawłem mieszkanie, za które spłacaliśmy kredyt hipoteczny. A mimo to od trzech tygodni czułam się tutaj nie jak gospodyni, lecz jak ktoś tymczasowy, prawie intruz. Rodzice mojego męża mieli przyjechać tylko na kilka dni, a w praktyce rozgościli się tak, jakby od zawsze wszystko należało do nich.
Drzwi otworzyły się gwałtownie, oczywiście bez pukania. W progu stanęła Janina w jaskrawym domowym szlafroku, z rękami wbitymi w boki.
— Czemu siedzisz? Chciałam usmażyć naleśniki, a mąki nie ma. Idź do sklepu, póki nie zrobiły się kolejki.
Nabrałam powietrza głębiej, niż było mi potrzebne.
— Pani Janino, mąka stoi na dole w szafce kuchennej. A ja teraz nigdzie nie pójdę. Odpoczywam.
— Odpoczywa! — wybuchnęła teściowa. — Paweł poszedł do pracy głodny, a jej to nawet nie rusza! Ani wstydu, ani sumienia! Ja w twoim wieku miałam na głowie cały dom i dzieci prowadzałam do przedszkola!
Nie odpowiedziałam. Wstałam z łóżka i poszłam do łazienki. Chciałam tylko opłukać twarz, zmyć z siebie to lepkie, ciężkie poranne upokorzenie.
W kuchni siedział teść, Stanisław Kowalski, i głośno siorbał herbatę z mojego ulubionego kubka. Tego samego, o który prosiłam już kilka razy, żeby go nie brać. Na stole piętrzyły się brudne talerze i sztućce, ewidentnie zostawione „dla gospodyni”.
— O, jednak się zjawiłaś — mruknął. — Myśleliśmy już, że raczysz wyjść dopiero koło obiadu.
Podeszłam do stołu, na którym leżały klucze. Moje klucze. Breloczek w kształcie małego srebrnego kota błysnął w promieniu słońca. Dotknęłam go palcami. Kiedyś był dla mnie znakiem samodzielności, kupionym z pierwszej naprawdę porządnej wypłaty, zaraz po tym, jak wprowadziliśmy się do tego mieszkania. Teraz wydawał się ostatnim dowodem, że to miejsce wciąż jest moje, choć wokół panował już cudzy porządek.
— Gdzie Paweł? — zapytałam, włączając ekspres.
— Już wyszedł — rzuciła teściowa, niedbale rozsypując mąkę po blacie. — Powiedział, żebyśmy się nad tobą nie litowali i wzięli się za twoje wychowanie. Za bardzo cię rozpuścił.
Od razu wiedziałam, że kłamie. Paweł potrafił uciec od kłótni, potrafił milczeć, potrafił udawać, że nie widzi problemu, ale czegoś takiego by nie powiedział. Mimo to jej zadowolony uśmiech okazał się ostatnią kroplą.
— Za moje wychowanie? — powtórzyłam cicho.
— A za co innego? — Janina skinęła głową z satysfakcją. — Jesteś kobietą, twoje miejsce jest przy kuchence, nie przed ekranem. Pomieszkamy jeszcze z miesiąc, może coś z ciebie będzie.
Rozejrzałam się powoli: mąka na podłodze, obcy człowiek z moim kubkiem, narzucone zasady w moim własnym mieszkaniu.
Nie zaczęłam krzyczeć. Nie rozpłakałam się. Po prostu wróciłam bez słowa do pokoju, odłączyłam laptop od ładowarki i wsunęłam go do torby. Przebrałam się w dżinsy i sweter, zabrałam dokumenty, portfel oraz telefon.
Kiedy wyszłam na korytarz, zobaczyłam, że teściowa grzebie już w mojej szafie.
Zatrzymałam się przy drzwiach i przez kilka sekund tylko patrzyłam. Jej dłonie bezceremonialnie przerzucały moje sukienki, bluzki, nawet bieliznę — wszystko to, co układałam starannie wieczorami po pracy. Robiła to pewnie, jakby posiadała do tego pełne prawo.
— Co pani robi? — zapytałam spokojnie, choć mój głos zabrzmiał znacznie zimniej, niż się spodziewałam.
Janina nawet się nie odwróciła.
— Porządek robię. Masz tu wszystko pomieszane, niczego normalnie znaleźć nie można. Połowę już przełożyłam, nie przeszkadzaj.
Podeszłam bliżej i zamknęłam drzwi szafy tuż przed jej rękami.
— Proszę nie dotykać moich rzeczy.
Odwróciła się gwałtownie. Twarz wykrzywiła jej się z oburzenia.
— Jak ty się do mnie odzywasz? Jestem starsza! Ja lepiej wiem, co jest właściwe!
— U siebie w domu może pani wie — odpowiedziałam cicho. — Ale nie tutaj.
Na moment zrobiło się zupełnie cicho. Nawet z kuchni przestało dochodzić stukanie i szuranie. Stanisław najwyraźniej też zaczął nasłuchiwać.
— Ach, więc o to chodzi — syknęła. — Czyli jesteśmy tu dla ciebie niepotrzebni?
Nie odpowiedziałam. Wzięłam torbę, założyłam kurtkę i ruszyłam do wyjścia.
