Urodziła dziecko pośrodku jesiennego pola w ulewnym deszczu i zmarła, do ostatniego tchu tuląc maleństwo do piersi, a dopiero dobę później znaleźli ich przypadkowi grzybiarze

Zaraz po powrocie z cmentarza Marek pojechał do syna.

Pielęgniarka zaprowadziła go do przeszklonej ściany oddzielającej korytarz od sali.

— Na razie nie może pan wejść. Może pan zobaczyć go stąd.

Za szybą, w przezroczystym inkubatorze, leżało maleńkie dziecko. Cienkie rączki miało zgięte, dłonie zaciśnięte w pięści, a przy nosku biegła niewielka rurka.

— To mój syn? — zapytał Marek.

— Tak.

— Jest podobny do Anny?

Pielęgniarka przez chwilę patrzyła na niego uważnie.

— W pierwszych dniach wszystkie noworodki są trochę do siebie podobne.

Marek przyłożył dłoń do chłodnej szyby.

— Synku, wytrzymaj. Już wróciłem. Teraz jestem tutaj.

Maleństwo nawet się nie poruszyło.

Lekarz uprzedził Marka, że najbliższa doba będzie decydująca.

Mężczyzna usiadł na ławce na korytarzu i nie odszedł stamtąd przez całą noc. Rano pielęgniarka przyniosła mu herbatę. W południe podała kromkę chleba z masłem. Dopiero wieczorem z sali wyszedł lekarz.

— Udało nam się ustabilizować stan dziecka.

— Czyli przeżyje?

— Tego jeszcze nie mogę obiecać. Mogę powiedzieć tylko, że dzisiaj jest z nim lepiej niż wczoraj.

Marek bez słowa skinął głową.

Na tamtą chwilę wystarczało mu właśnie tyle.

Po tygodniu chłopiec zaczął oddychać samodzielnie.

Dwa tygodnie później po raz pierwszy przybrał całe sto gramów.

Kiedy trzeba było wypełnić dokumenty, Marek długo wpatrywał się w pustą rubrykę przy słowie „imię”.

Anna chciała, by ich syn miał na imię Jakub, tak jak jej ukochany dziadek.

— Jakub — powiedział w końcu Marek. — Proszę tak wpisać.

Etap czwarty. Ojciec, który bał się wziąć niemowlę na ręce

Po syna Marek pojechał do szpitala razem z Jadwigą.

Przez dłuższą chwilę nie chciał go jednak wziąć.

— Upuszczę go.

— Nie upuścisz — odpowiedziała spokojnie Jadwiga. — Zegnij rękę. Właśnie tak. A drugą dłonią podtrzymuj główkę.

Kuba ważył mniej niż zwykły worek mąki, lecz Marek trzymał go tak spięty, jakby niósł naczynie z najcieńszego szkła.

W domu wszystko przypominało o Annie.

Przy ścianie czekało przygotowane wcześniej łóżeczko. Na oparciu krzesła wisiały wyprane pieluchy. W szafie leżały maleńkie skarpetki, które Anna zrobiła własnymi rękami. Na stole została też zeszytowa lista rzeczy, które planowała kupić przed porodem.

Marek otworzył zeszyt.

„Mydło dla dziecka”.

„Kupić watę”.

„Potrzebna butelka”.

„Przypomnieć Markowi, żeby naprawił okno”.

Ostatnie zdanie było podkreślone dwukrotnie.

Mężczyzna ciężko opadł na taboret i zakrył twarz dłońmi.

Wtedy Kuba zaczął płakać.

Marek natychmiast podniósł głowę, ale nie miał pojęcia, co robić. Wziął syna na ręce i zaczął chodzić z nim po izbie. Spróbował podać mu butelkę. Chłopiec odwrócił głowę i rozpłakał się jeszcze głośniej.

Po mniej więcej dziesięciu minutach ktoś zapukał.

Za drzwiami stała Jadwiga.

— Słyszałam go już z drogi.

— Nie potrafię go uspokoić.

Sprawdziła pieluchę.

— Bo jest mokry.

— Przecież zmieniałem ją godzinę temu.

— Niemowlę nie patrzy na zegarek.

Jadwiga pokazała Markowi, jak prawidłowo przewinąć dziecko, jak podgrzać mleko i jak trzymać syna po karmieniu.

— Pani Jadwigo — powiedział cicho Marek — sam sobie nie poradzę.

— Ale ty nie jesteś sam.

Od tamtego dnia Jadwiga i Stanisław zaglądali do nich codziennie.

Etap piąty. Cała wieś pomogła mu przeżyć

Kuba dorastał właściwie pod opieką całych Brzezin.

Helena Maj oglądała go co tydzień i sprawdzała, czy prawidłowo przybiera na wadze. Nauczycielka Teresa przynosiła ubranka, z których wyrósł jej wnuk. Sąsiadka Bronisława dzieliła się świeżym kozim mlekiem. Sołtys pomógł Markowi znaleźć zatrudnienie w okolicy, żeby nie musiał już wyjeżdżać na długie kontrakty.

Zarabiał teraz znacznie mniej.

Za to każdego wieczoru wracał do syna.

Z czasem nauczył się prać pieluchy, gotować kaszki i usypiać Kubę, nucąc tę samą melodię, którą kiedyś często śpiewała Anna.

W nocy chłopiec budził się kilka razy.

Czasem Marek brał go wtedy na ręce, wychodził przed dom i patrzył w niebo.

— Tam jest twoja mama — mówił, wskazując gwiazdy. — Widzisz tę najjaśniejszą? To właśnie ona.

Kuba oczywiście niczego jeszcze nie rozumiał. Zaciskał jedynie maleńkie palce na koszuli ojca.

Kiedy skończył rok, Stanisław przyniósł mu drewniany samochodzik, który sam wystrugał.

— Proszę. Prezent dla chrześniaka.

— Przecież jeszcze go nawet nie ochrzciliśmy — zauważył Marek.

— To najwyższy czas.

Marek spojrzał na starszego mężczyznę.

— Chce pan zostać jego ojcem chrzestnym?

— Jako pierwszy wziąłem go wtedy na ręce. Chyba sobie zasłużyłem.

Matką chrzestną została Jadwiga.

Po uroczystości wszyscy pojechali na cmentarz.

Marek postawił małego Kubę przy grobie Anny. Chłopiec stał jeszcze niepewnie, więc dla równowagi chwycił się krawędzi nagrobka.

— Tutaj jest twoja mama — szepnął ojciec.

Kuba dotknął dłonią fotografii młodej kobiety.

I nagle się uśmiechnął.

Marek odwrócił twarz, żeby nikt nie zauważył łez.

Etap szósty. Tajemnica starego stogu

Gdy Jakub podrósł, ojciec nie od razu opowiedział mu, gdzie naprawdę przyszedł na świat.

Ale dzieci w szkole znały tę historię.