„A gdzie są kotlety?” — zapytał zmęczony Piotr, wracając do domu, lecz kiedy zobaczył pustą kuchnię i zniszczoną patelnię, po raz pierwszy zrozumiał, że jego własny brat od miesięcy bezwstydnie wykorzystywał dobroć jego żony

— Zjem — przyznał Piotr z rezygnacją.

Kiedy dostawca przywiózł zamówienie, Marek natychmiast pojawił się w kuchni. Węszył z zainteresowaniem, jakby zapach jedzenia należał mu się z samej definicji.

— No proszę, jaka uczta! — zawołał wesoło. — A ja się zastanawiałem, skąd ta cisza. Restauracja w domu? Bardzo dobrze, czasem trzeba odpocząć od gotowania. Co zamówiliście?

Katarzyna wyjęła z torby dwa pojemniki i położyła obok nich dwie sztućce.

— To dla mnie i dla Piotra.

Marek zatrzymał się w progu. Uśmiech zniknął z jego twarzy.

— To znaczy co? A dla mnie?

— Dla ciebie nie ma nic — odpowiedziała spokojnie, nawet na niego nie patrząc. — Przecież zjadłeś dzisiaj cały obiad. Dwadzieścia kotletów. Sądzę, że do jutra nie grozi ci śmierć głodowa.

— Wy naprawdę mówicie poważnie? — Marek oburzony spojrzał na brata. — Piotr, ty to słyszysz? Twoja żona wypomina mi jedzenie? Jesteśmy rodziną!

Piotr siedział już przy stole, ale kolacja nagle stanęła mu w gardle.

— Marek, przecież zjadłeś wszystko, co Kasia przygotowała. My wróciliśmy z pracy głodni, a te porcje są wyliczone dla dwóch osób.

— Mogliście zamówić dla trzech! Nie zbiednielibyście! — prychnął Marek. — Nagle zrobiliście się tacy oszczędni, że żałujecie jedzenia własnemu bratu. Pójdę sobie zrobić herbatę. Chyba że ją też trzymacie pod kluczem.

Odwrócił się demonstracyjnie i trzasnął drzwiami swojego pokoju.

— Może byłaś dla niego zbyt ostra? — odezwał się cicho Piotr. — On naprawdę się obraził.

— Niech się obraża — odparła Katarzyna. — Podjęłam decyzję. Nie będę już gotować dla trzech osób. Przygotuję jedzenie tylko dla nas. A jeśli trzeba, przestaniemy gotować w domu. Nie jestem darmową gospodynią twojego brata.

— Ale jak to będzie wyglądało? Wszyscy mieszkamy pod jednym dachem. Nie będziemy przecież chować przed nim garnków.

— Nie musimy niczego chować. Po prostu nie zamierzam już napełniać ich jedzeniem dla niego. Jeśli chce jeść, sklep jest za rogiem. Niech kupi produkty i sam sobie ugotuje. Ręce ma sprawne.

Następnego ranka Katarzyna przygotowała śniadanie dokładnie dla dwóch osób: po jednej kanapce i filiżance kawy. Kiedy Marek w końcu zwlekł się do kuchni, na stole nie zostało już nic.

— A moje śniadanie? — zapytał, zaglądając do prawie pustej lodówki. — Wczoraj były jeszcze jajka.

— Były — przytaknęła spokojnie Katarzyna. — Dwa. Ugotowałam je dla siebie i Piotra.

— Znowu zaczynasz? — Marek zmarszczył brwi. — To co, mam teraz głodować?

Katarzyna zapinała właśnie płaszcz przed wyjściem do pracy.

— Marku, sklep jest kilka kroków stąd. Są tam jajka, pieczywo, masło i wszystko, czego potrzebujesz. Kuchenka działa. Smacznego.

— Nie mam pieniędzy — burknął. — Przecież szukam pracy.

— To twój problem — odpowiedziała twardo. — Jesteś dorosłym mężczyzną. Mieszkasz tutaj za darmo, nie płacisz za wodę, prąd, ogrzewanie ani internet. Nie mam obowiązku dodatkowo cię żywić.

Minął tydzień. W mieszkaniu panowała atmosfera jak przed gwałtowną burzą. Katarzyna nie ustępowała. Gotowała dokładnie dwie porcje. Jeśli coś zostawało, przekładała jedzenie do pojemników opisanych: „Obiad Piotra” i „Obiad Kasi”.

Marek był wściekły. Raz próbował wzbudzać litość, innym razem skarżył się bratu, że żona robi z niego obcego człowieka. Piotr jednak widział, jak bardzo Katarzyna jest zmęczona, więc coraz częściej odpowiadał tylko:

— Marek, Kasia ma rację. Znajdź wreszcie jakąś pracę.

Pewnego dnia Katarzyna wróciła do domu i zastała w kuchni prawdziwe pobojowisko. W zlewie piętrzyły się brudne naczynia. Kuchenka była cała w tłuszczu, a mąka rozsypała się po blacie i podłodze. Na środku stołu stała patelnia, w której coś zdążyło kompletnie się spalić.

— Co tu się stało? — zapytała.

Marek wyszedł z pokoju, przeżuwając kawałek chleba.

— Postanowiłem sam sobie coś zrobić, skoro urządziłaś strajk. Znalazłem mąkę i jajka. Chciałem usmażyć naleśniki, ale wszystko się przypaliło. Macie beznadziejną patelnię, wszystko do niej przywiera.

Katarzyna podeszła bliżej. Jej nowa patelnia z powłoką nieprzywierającą była zniszczona. Głębokie rysy wskazywały, że Marek próbował skrobać ją metalowym widelcem.

— Zniszczyłeś naczynie — powiedziała cicho. — Zużyłeś ostatnie produkty i zostawiłeś po sobie chlew. Kto ma to teraz posprzątać?

— Ty posprzątasz, nic ci się nie stanie! — wrzasnął Marek. — Doprowadziłaś mnie do takiego stanu! Umieram tu z głodu, a ona robi tragedię z powodu jakiejś patelni!

W tej samej chwili otworzyły się drzwi wejściowe. Piotr wrócił z pracy i usłyszał ostatnie słowa brata. Jego twarz natychmiast stężała.

— Marek — powiedział cicho, ale bardzo stanowczo. — Jak ty odzywasz się do mojej żony?

— A co ona robi? — Marek nadal krzyczał. — Jedzenia mi nie daje, a teraz jeszcze wypomina brudne naczynia!

— Pakuj swoje rzeczy — oznajmił Piotr.

Marek zamilkł. Przez moment wyglądał tak, jakby nie zrozumiał.

— Co? Wyrzucasz mnie? Z powodu patelni?

— Nie. Z powodu tego, że zupełnie nas nie szanujesz. Tolerowałem, że żyjesz na nasz koszt. Ale nie pozwolę, żebyś podnosił głos na Kasię w moim własnym domu. Ona pracuje do wyczerpania, a ty nie potrafisz nawet umyć po sobie talerza.