Aż któregoś dnia sam zaniósł wiadro do ogrodu i w duchu zganił się za to, że jeszcze niedawno bał się kilku schodków.
Razem wynosili z piwnicy słoiki.
Maksym odczytywał napisy na wieczkach.
I milczał.
Stanisław był mu za to milczenie ogromnie wdzięczny.
Tamtego lata czereśnia wydała zaledwie garść owoców.
Drobnych.
Kwaśnawych.
Ale jednak wydała.
Paweł przyjechał w sierpniu.
Od samochodu szedł powoli, uważnie rozglądając się po podwórzu.
Tak patrzą ludzie, którzy w myślach przeliczają już metry działki i zastanawiają się, ile można za nią dostać.
Spod domu wyszedł mu naprzeciw ojciec.
Szczupły.
Ale stojący o własnych siłach.
W czystej koszuli.
Z wiadrem w ręce.
— Co cię tutaj sprowadza? — zapytał Stanisław.
Paweł zatrzymał się.
Na jego twarzy pojawił się dziwny cień.
— Ty… żyjesz?
— A przyjechałeś mnie pochować? — Stanisław odstawił wiadro na ziemię. — Mów, po co naprawdę przyjechałeś.
— Ja tylko… chciałem obejrzeć dom. I ogród.
— Mój dom.
Stanisław zmrużył oczy.
I nagle zrozumiał wszystko.
Do samego końca.
Zrozumiał, że syn zapewne już rozmawiał z notariuszem.
Że z żoną omawiał sprzedaż.
Że ktoś dawno temu zaczął w myślach wyceniać jego życie i ziemię.
— Wynoś się — powiedział cicho.
Po chwili jednak nie wytrzymał.
— Dom ci się przypomniał! Przez cały rok cię tu nie było! Czekałeś, aż umrę? Ani razu nie przyjechałeś! Ani razu nie zapytałeś, czy twój ojciec ma co jeść! A teraz nagle przypomniałeś sobie o spadku?
Uniósł dłoń i pokazał synowi zaciśniętą pięść.
— Nie dostaniesz tego domu, ogrodu ani kawałka ziemi. Pojadę do gminy, do notariusza, i wszystko zapiszę tak, jak należy.
— Tato, co ty opowiadasz…
— Zostawię to innemu synowi! Nie tobie! A jeśli spróbujesz potem walczyć w sądzie, będę cię prześladował nawet zza grobu!
Stanisław odwrócił się i ruszył w stronę domu.
Na ganku zatrzymał się.
Nie patrząc za siebie, dodał:
— Przywieź kiedyś Zosię. Narysowała mi obrazek. Niech zobaczy, że go zachowałem.
I zamknął drzwi.
Z piwnicy wyszedł Maksym.
Właśnie naprawiał tam starą drabinę.
— Kto przyjechał?
Stanisław patrzył gdzieś ponad jego ramieniem, w stronę drogi, nad którą powoli opadał kurz.
— Nikt ważny. Obcy człowiek pytał o drogę.
— I pokazał mu pan?
— Pokazałem, synku. Poradziłem, żeby więcej tutaj nie wracał.
Maksym nie zadawał kolejnych pytań.
Wytarł ręce o spodnie i wskazał samochód.
— Przywiozłem coś dla pana. Cztery sadzonki. Jedną jabłoń i trzy śliwy węgierki. Jesień to najlepszy czas na sadzenie, dopóki ziemia jest jeszcze ciepła.
Dziadek odwrócił się ku niemu.
Przez długą chwilę milczał.
W gardle miał ciężką gulę, która nie pozwalała wydobyć z siebie ani słowa.
— Maksymku — powiedział w końcu. — Ja już nie doczekam owoców z tych drzew.
— Doczeka pan — odpowiedział spokojnie chłopak, wyjmując sadzonki z bagażnika. — Śliwy zaczynają owocować w trzecim roku.
Spojrzał na starca i uśmiechnął się.
— A pan ma jeszcze sporo kopania przed sobą.
Potem poszedł po łopatę.
Stanisław jeszcze przez chwilę stał na środku podwórza.
Przetarł rękawem oczy, jakby po prostu wpadł mu do nich kurz.
A potem ruszył za nim.
