— To z jakiego?
Odwróciłam się do niego.
— Z powodu tego, że rozpisałeś trzy miesiące mojego życia w tabeli i ani razu mnie o nic nie zapytałeś.
Marek chciał coś powiedzieć, lecz nie dopuściłam go do głosu.
— Odchodzę też dlatego, że obiecałeś mojemu bratu moje pieniądze, jakby należały do ciebie. I dlatego, że kiedy odmówiłam, nie przeprosiłeś, tylko rozkazałeś mi niczego nie robić.
Nerwowo się roześmiał.
— Pomieszkasz kilka dni osobno i wrócisz.
— Nie wrócę.
— Katarzyna, przestań urządzać przedstawienie.
Z teczki wyjęłam jeszcze jedną kartkę.
— Pozew rozwodowy jest już przygotowany.
Uśmiech zniknął z jego twarzy.
— Żartujesz.
— Jutro go złożę.
— Chcesz się rozwieść przez siedemdziesiąt tysięcy złotych?
Pokręciłam głową.
— Nadal myślisz, że chodzi o kwotę.
Marek usiadł na brzegu łóżka.
Po raz pierwszy tego wieczoru nie wyglądał na wściekłego.
Wyglądał na zagubionego.
— Chciałem tylko pomóc bratu.
— Trzeba było pomóc mu własnymi pieniędzmi.
— Oddałem mu prawie wszystkie oszczędności.
— Wiem.
— Co miałem zrobić?
— Zapytać mnie.
Zamilkł.
— Wystarczyłoby jedno zdanie, Marku. „Kasiu, znalazłem się w trudnej sytuacji. Czy możesz mi pomóc?”. Wtedy przynajmniej bym się zastanowiła.
— I pomogłabyś?
— Teraz nie ma to już znaczenia.
Następnego ranka przyjechali pracownicy firmy przeprowadzkowej.
Zabierałam wyłącznie swoje rzeczy.
Książki.
Laptop.
Ekspres do kawy.
Ubrania.
Kilka obrazów kupionych jeszcze przed ślubem.
Obok leżały paragony i wyciągi bankowe.
Marek chodził z pokoju do pokoju, milczący i blady.
Gdy ostatnie pudło znalazło się przy drzwiach, ktoś zadzwonił.
Na progu stał Tomasz.
— Naprawdę odchodzisz? — zapytał.
— Naprawdę.
— Przeze mnie?
— Nie.
Spojrzałam na obu braci.
— Odchodzę dlatego, że wspólnie uznaliście, iż możecie rozporządzać życiem trzeciej osoby.
Tomasz zmarszczył czoło.
— Ale co ja teraz zrobię?
Prawie się roześmiałam.
Nawet w tej chwili jego pierwszą myślą była własna rata.
Marek niespodziewanie odpowiedział za mnie:
— Sprzedasz maszyny.
— Za taką cenę?
— Za taką, jaką ktoś zaoferuje.
Tomasz pobladł.
— Przecież mówiłeś…
Marek przerwał mu:
— Dużo rzeczy mówiłem.
Wzięłam torebkę i podałam Markowi klucz.
— Dbaj o siebie.
Zacisnął go w dłoni.
— Naprawdę złożysz pozew?
Pokazałam mu telefon.
Dokument został już wysłany.
Przez chwilę patrzył na ekran, a potem cicho zapytał:
— I to wszystko?
Spojrzałam na mieszkanie, w którym spędziłam prawie dziewięć lat.
Kiedyś wydawało mi się, że najgorsze, co może mnie spotkać, to utrata rodziny.
Teraz wiedziałam już coś innego.
O wiele straszniej jest zgubić samą siebie, próbując za wszelką cenę zatrzymać ludzi, którzy nie zamierzają cię szanować.
— Tak, Marku. To już wszystko.
Trzy miesiące później rozwód został sfinalizowany.
Tomasz ostatecznie sprzedał dwie maszyny znacznie taniej, niż planował. Uzgodnił z bankiem restrukturyzację zadłużenia, a potem znalazł pracę jako kierownik produkcji w niewielkiej firmie meblarskiej.
Okazało się, że rozwiązanie istniało także bez moich wypłat.
Marek napisał do mnie tylko raz.
„Zrozumiałem, że powinienem był zapytać”.
Długo patrzyłam na tę wiadomość.
W końcu odpisałam:
„Nie wystarczyło zapytać. Trzeba było jeszcze umieć usłyszeć odpowiedź”.
Później już nigdy do siebie nie napisaliśmy.
Pół roku później wpłaciłam kolejną dużą nadpłatę kredytu.
W aplikacji bankowej pojawiła się nowa data całkowitego spłacenia hipoteki — prawie trzy lata wcześniej, niż zakładał pierwotny harmonogram.
Wieczorem siedziałam w kuchni mojego niewielkiego mieszkania.
Na parapecie stała roślina.
Na kuchence gotowała się woda na herbatę.
W pokoju wciąż było wiele rzeczy, które chciałam zmienić. Mimo to po raz pierwszy od bardzo dawna całe otoczenie zostało wybrane przeze mnie.
Otworzyłam stare zdjęcie tabeli.
„Katarzyna — sierpień, wrzesień, październik”.
Trzy miesiące mojego życia, które ktoś postanowił przeznaczyć bez pytania mnie o zgodę.
Usunęłam fotografię.
Potem wyłączyłam telefon i podeszłam do okna.
Nie musiałam już nikomu tłumaczyć, na co wydaję własne pieniądze.
Dokąd idę.
Czego chcę.
I do kogo należy moje życie.
Odpowiedź była teraz prosta.
Do mnie.
