Tylko dawnego blasku w jego oczach nie było już od bardzo dawna.
Pojawiał się wyłącznie wtedy, gdy Marek kłócił się z żoną o pieniądze albo przytaczał kolejną „życiową mądrość” swojej matki. W ciągu ostatnich dwóch lat zdarzało się to coraz częściej.
Po przejściu na emeryturę Jadwiga zaczęła się nudzić. Wyrobiła sobie zwyczaj dzwonienia do syna trzy razy dziennie: rano, po południu i wieczorem. Udzielała mu rad, pouczała go i przekonywała, że powinni wreszcie „ustawić życie po właściwemu”.
Marek chłonął każde jej słowo.
Zofia dokończyła racuchy, umyła naczynia i usiadła przy laptopie. Otworzyła arkusz kalkulacyjny, w którym od miesięcy rozpisywała dochody oraz wydatki według kategorii. Wszystko było posegregowane, opatrzone wykresami i podsumowane w jednym bilansie.
Prowadziła ten plik od pięciu lat — od dnia, w którym podpisali umowę kredytową na mieszkanie.
Marek nie miał żadnej podobnej tabeli. Zamiast liczb posługiwał się pojęciami „mniej więcej” oraz „przecież pracuję”.
Wieczorem wrócił do domu ponury i milczący, napuszony jak stara sowa. Zjadł kolację, ciężko opadł na kanapę i włączył mecz. Zofia poczekała, aż dzieci zasną, po czym usiadła obok niego i położyła na stoliku grubą teczkę.
— Co to jest? — zapytał, nie odrywając wzroku od telewizora.
— Rachunki.
— Jakie znowu rachunki?
— Moje osobiste wydatki z ostatnich trzech lat. Dokładnie to, czego chciała twoja mama. Od dziś opłacam je sama, więc wszystko policzyłam.
Marek spojrzał najpierw na teczkę, potem na żonę. Wreszcie ją otworzył. W środku znajdowały się starannie uporządkowane wydruki, a najważniejsze kwoty zaznaczono jaskrawym markerem.
— Zacznijmy od kosmetyczki — powiedziała Zofia spokojnym, niemal urzędowym tonem. — Sześćset złotych rocznie. Cztery wizyty, wyłącznie oczyszczanie twarzy i podstawowa pielęgnacja. Żadnych zastrzyków ani drogich zabiegów. Nawet krem kupuję w aptece za czterdzieści złotych.
Marek drgnął, ale nic nie odpowiedział.
— Karnet na siłownię kosztuje mnie sto sześćdziesiąt złotych miesięcznie. To ten sam klub, do którego sam namawiałeś mnie po urodzeniu drugiego dziecka, mówiąc, że „zupełnie się zapuściłam”. Telefon kosztuje czterdzieści pięć złotych miesięcznie. Najtańszy możliwy abonament.
Przerzuciła kilka kartek.
— Karta kredytowa rzeczywiście jest wystawiona na moje nazwisko. Tyle że kupowałam za nią podręczniki dla Julii, opłacałam aparat ortodontyczny Antka i kupiłam komplet zimowych opon do twojego samochodu.
— Pamiętasz? Chciałeś wziąć opony na raty, a ja zaproponowałam, żeby zapłacić całość od razu, żeby nie oddawać bankowi dodatkowych odsetek. Właśnie do tego służyła moja karta.
Marek przewracał strony, bezgłośnie poruszając ustami. Zofia doskonale wiedziała, czego się spodziewał.
Liczył na krzyki, łzy i awanturę. Potem mógłby zadzwonić do matki i powiedzieć: „Miałaś rację, ona jest nieobliczalną histeryczką”.
Tymczasem przed nim leżały liczby.
A z liczbami znacznie trudniej się kłócić.
— Posłuchaj — zaczął niepewnie — ja wcale nie miałem na myśli czegoś takiego.
— Właśnie to miałeś na myśli — przerwała mu Zofia. — Przekazałeś mi dokładnie to, co powiedziała twoja matka. Teraz otwórz następną stronę.
Marek odwrócił kartkę. Na kolejnej tabeli znajdowały się jego własne wydatki.
— Twój samochód: paliwo, ubezpieczenie i przeglądy kosztują średnio tysiąc siedemset złotych miesięcznie. Wynajem garażu — kolejne trzysta. Piątkowe spotkania z kolegami to od sześciuset do ośmiuset złotych miesięcznie.
Marek przestał oddychać tak swobodnie jak wcześniej.
— Nowy telefon, który kupiłeś na raty bez konsultacji ze mną, kosztuje cię dwieście złotych miesięcznie przez dwa lata. Łączna wartość tych wydatków przekroczyła już pięć tysięcy.
Zofia zamknęła pierwszą część teczki i spojrzała mu prosto w oczy.
— A mimo to nadal wpłacam połowę pieniędzy do rodzinnego budżetu. Tymczasem ty nazywasz mnie kobietą siedzącą ci na karku. Twoja matka myśli dokładnie tak samo, a ty przychodzisz do kuchni, żeby wydawać mi polecenia.
W pokoju zapadła ciężka cisza. Z kuchni dobiegało tylko miarowe kapanie wody z niedokręconego kranu.
Marek zamknął teczkę, odsunął ją na bok i przetarł twarz dłońmi.
— Nie wiedziałem, że zapisujesz wszystko aż tak szczegółowo — mruknął.
— A co myślałeś? Że dyplom ekonomisty dostałam za ładny uśmiech? Marku, od pięciu lat prowadzę nasz budżet. Wiem nawet, ile wydajesz na kawę z automatu w pracy.
— Na kawę?
— Cztery złote dwa razy dziennie. W miesiącu wychodzi około dwustu pięćdziesięciu. Niby drobiazg, ale ja o nim wiem. Ty natomiast nie masz pojęcia, ile kosztuje aparat Antka, bo nigdy się tym nie zainteresowałeś. Za to wracasz do domu i oznajmiasz: „Mama tak powiedziała”.
Marek milczał.
Zofia patrzyła na męża i zastanawiała się, jak właściwie rozpadają się małżeństwa. Nie zawsze przez zdrady, alkohol czy wielkie tragedie. Czasami zaczyna się od niekończących się telefonów matki i od tego, że dorosły mężczyzna nie chce samodzielnie myśleć.
— I co teraz będzie? — zapytał w końcu cicho.
