Każdego ranka, gdy tylko Michał zdążył otworzyć swój niewielki sklep mięsny na obrzeżach miasta, pojawiała się w nim starsza kobieta imieniem Halina. Za każdym razem prosiła o dokładnie to samo: sześćdziesiąt kilogramów wołowiny. Michał znał ją od lat. Była cicha, oszczędna i zwykle kupowała zaledwie kilka plasterków mięsa na obiad. Dlatego widok Haliny, która drżącymi dłońmi wyjmowała zmięte banknoty i z trudem wynosiła ciężkie torby, budził w nim coraz większe zdumienie.
Pewnego dnia kobieta wyjaśniła, że przyjechał do niej syn i z tej okazji zamierza urządzić dużą rodzinną kolację. Michał przyjął jej słowa bez podejrzeń. Jednak jeszcze tego samego wieczoru usłyszał coś, co zmroziło mu krew w żyłach. Dowiedział się, że syn Haliny nie żyje od kilku lat. Dla kogo więc przeznaczała całe to mięso?
Coraz dziwniejsze zachowanie
Następnego ranka Halina znów stanęła przed ladą i zamówiła kolejne sześćdziesiąt kilogramów. Pojawiła się również następnego dnia, a potem jeszcze raz. Unikała rozmów, nie pozwalała nikomu sobie pomóc, a przed każdym wyjściem nerwowo oglądała się za siebie, jakby obawiała się, że ktoś ją śledzi. Michał w końcu postanowił sprawdzić, dokąd kobieta zanosi tak ogromne ilości jedzenia. Pewnego poranka ruszył za nią z bezpiecznej odległości.
Halina ułożyła torby na starym wózku i skierowała się w stronę nieczynnych magazynów przy torach. Przeszła przez przerdzewiałą bramę, po czym zniknęła za ciężkimi drzwiami jednego z budynków. Michał czekał niemal godzinę. Kiedy kobieta wreszcie wyszła, wózek był zupełnie pusty.
Tego samego wieczoru rzeźnik zobaczył ją ponownie, tym razem przy kontenerach do segregacji odpadów. Halina zbierała kartony, butelki i kawałki metalu. Każdą znalezioną monetę odkładała z ogromną starannością. A mimo to następnego ranka wróciła do sklepu i złożyła dokładnie takie samo, niewiarygodnie wielkie zamówienie.
Plotki i policyjna interwencja
Podejrzane wyprawy Haliny zaczęli zauważać także mieszkańcy pobliskiego osiedla. Wkrótce po okolicy krążyły już najróżniejsze pogłoski. Kilka osób zadzwoniło na policję, obawiając się, że w opuszczonym magazynie może dziać się coś złego. Kiedy funkcjonariusze przyjechali sprawdzić budynek, Halina stała przed bramą i stanowczo odmówiła wpuszczenia ich do środka.
Nagle z wnętrza dobiegł głuchy huk, a chwilę później szybki szelest, jakby ktoś nerwowo poruszał się w ciemności. Kobieta gwałtownie pobladła i jeszcze mocniej zacisnęła palce na kłódce. Jeden z policjantów ostrożnie odsunął jej rękę, podczas gdy drugi skierował latarkę w stronę szczeliny między drzwiami. Zamek w końcu ustąpił. Zardzewiałe skrzydła otworzyły się z przeciągłym, przenikliwym zgrzytem. Funkcjonariusze zrobili kilka kroków w mrok — i nagle znieruchomieli.
Co znajdowało się w środku
Snop światła wydobył z ciemności dziesiątki błyszczących oczu. Nie należały jednak do ludzi. W głębi hali znajdowały się psy. Mnóstwo psów. Część z nich była skrajnie wychudzona, inne miały świeże rany, a kilka starych zwierząt ledwo utrzymywało się na łapach. Wśród psów błąkały się koty. W najdalszym kącie, drżąc ze strachu, tuliły się do siebie dwie małe sarenki, które ktoś wcześniej uratował.
Żadne ze zwierząt nie próbowało zaatakować policjantów. Gdy tylko Halina przekroczyła próg, psy zaczęły merdać ogonami i podchodzić do niej jedno po drugim. Jakby właśnie na nią czekały.
— Powiedz mi… jak długo to robisz? — zapytał jeden z funkcjonariuszy, opuszczając latarkę.
— Prawie trzy lata — odpowiedziała cicho Halina i otarła łzy z policzków.
