Każdej nocy zostawali przy niej na zmianę.
Jeden pilnował oddechu matki.
Drugi obserwował wskazania urządzenia medycznego, które otrzymali od lekarza.
Wtedy zrozumiałem również, po co chodzili do apteki.
W torbach nie było niczego podejrzanego.
Przynieśli leki oraz niezbędne materiały medyczne na wypadek kolejnego napadu.
Zamek w drzwiach także założyli z konkretnego powodu — bali się, że nagle wejdę do środka i zobaczę coś, przed czym Anna tak bardzo próbowała mnie ochronić.
Tamtej nocy karetka zabrała moją żonę do szpitala.
Po przeprowadzeniu badań lekarz wyjaśnił nam, że napady wywoływała niewielka zmiana w mózgu.
Na szczęście wszystko wskazywało na to, że była łagodna i możliwa do całkowitego usunięcia.
Operacji nie wolno było jednak dłużej odkładać.
Siedziałem przy szpitalnym łóżku Anny i mocno trzymałem ją za rękę.
— Dlaczego mi nie powiedziałaś?
Uśmiechnęła się słabo.
— Dopiero co wróciłeś do zdrowia po operacji. Bałam się, że przeze mnie znowu coś ci się stanie.
W tej chwili poczułem ogromny wstyd.
Przez kilka dni podejrzewałem własnych synów o najgorsze rzeczy.
Tymczasem oni prawie nie spali, noc po nocy czuwając przy swojej matce.
Operację wyznaczono dwa dni później.
Sześć godzin, podczas których lekarze walczyli o zdrowie Anny, ciągnęło się dla nas jak cała wieczność.
Razem z Michałem i Piotrem siedzieliśmy na szpitalnym korytarzu.
Co jakiś czas któryś z nas wstawał, przechodził kilka kroków i znów siadał.
W pewnym momencie po prostu ujęliśmy się za ręce.
Nikt nie miał siły rozmawiać.
Wreszcie drzwi sali operacyjnej otworzyły się.
Wyszedł z niej lekarz.
Na jego twarzy pojawił się uśmiech.
— Wszystko przebiegło pomyślnie. Udało się usunąć zmianę w całości. Pańska żona powinna wrócić do zdrowia.
Dopiero wtedy poczułem, że po wielu tygodniach znowu mogę swobodnie nabrać powietrza.
Mniej więcej miesiąc później cała nasza rodzina znów spotkała się w domu.
Anna czuła się już znacznie lepiej.
Znów się uśmiechała, żartowała i powoli wracała do normalnego życia.
Lekarze zapewniali, że po operacji ryzyko kolejnych napadów jest bardzo niewielkie.
Tego wieczoru, gdy mieliśmy rozejść się do swoich pokoi, Michał nagle uśmiechnął się i zapytał:
— Mamo, może dziś znowu przenocujesz u nas?
Anna wybuchnęła śmiechem.
Podeszła do syna i mocno go przytuliła.
— Nie, chłopcy. Teraz znowu będę spała obok waszego ojca.
Wszyscy zaczęliśmy się śmiać.
Spojrzałem na synów i niespodziewanie poczułem łzy napływające do oczu.
Tego wieczoru w pełni dotarło do mnie coś bardzo prostego.
Michał i Piotr nie byli już małymi chłopcami, których trzeba było przykrywać kołdrą, trzymać za rękę i osłaniać przed całym światem.
Dorośli.
A kiedy zagrożenie pojawiło się w naszym domu, stanęli przy nas bez wahania.
Tym razem to nasze dzieci chroniły swoich rodziców.
