Najwyraźniej oczekiwał zupełnie innej odpowiedzi.
Anna zeszła z ganku.
— Marek.
— Tak?
— Odpowiedz mi na jedno pytanie.
Spojrzał na nią.
— W tamtym marcu naprawdę myślałeś, że ją kochasz?
— Tak.
— A teraz?
Długo milczał.
— Teraz wiem, że chyba nie kochałem jej.
— To co kochałeś?
— Siebie przy niej.
Anna zmarszczyła brwi.
— Wyjaśnij.
— Wydawało mi się, że nagle jestem młodszy. Ciekawszy. Że zaczynam zupełnie nowe życie. A potem zrozumiałem, że życie nadal było moje. I ja wciąż byłem sobą.
Spojrzał w stronę łaźni.
— Tylko domu już nie miałem.
Anna poczuła ból, który znała aż nazbyt dobrze.
Tym razem jednak był inny.
Nie ostry.
Raczej stary, przygaszony, zabliźniony.
— Chcesz wrócić?
Marek gwałtownie podniósł głowę.
— Aniu, nie mam prawa cię o to prosić.
— Nie pytałam, czy masz prawo.
Zamknął oczy.
— Chcę.
— Dlaczego?
— Bo cię kocham.
Anna pokręciła głową.
— Nie.
Pobladł.
— Ja…
— Ty sam jeszcze nie wiesz, czy mnie kochasz. Jest ci zimno, jesteś samotny i przestraszony. To nie jest to samo.
Marek nic nie odpowiedział.
Anna mówiła dalej:
— Dawniej pewnie zabrałabym cię do domu.
W jego oczach pojawiła się nadzieja.
— A teraz?
— Teraz nie chcę cię ratować tylko dlatego, że znalazłeś się w trudnej sytuacji.
Nadzieja zgasła.
— Rozumiem.
— Ale nie zamierzam też pozwolić, żebyś spał w łaźni aż do zimy.
— Co proponujesz?
— Przy naszym ośrodku zdrowia od dawna stoi puste małe mieszkanie służbowe. Trzeba naprawić piec, ale da się tam mieszkać. Porozmawiam z kierowniczką. Wynajmiesz je.
Marek jakby nie od razu zrozumiał.
— Czyli… nie zabierasz mnie do domu?
— Nie.
— Wcale?
Anna spojrzała mu prosto w oczy.
— Marek, kiedyś wybrałeś życie beze mnie. Teraz ja muszę zrozumieć, czy chcę jeszcze raz wybrać życie z tobą.
Powoli skinął głową.
— To sprawiedliwe.
— I jeszcze jedno.
— Co?
— Żadnych obietnic.
— Dobrze.
— Nie chcę słyszeć, że wszystko zrozumiałeś, że się zmieniłeś i że już nigdy się to nie powtórzy.
— To co mam robić?
Anna wzruszyła ramionami.
— Żyj. Podejmuj decyzje. A ja będę patrzeć.
Nazajutrz Marek przeniósł się do małego mieszkania służbowego.
Sam naprawił piec.
Odmalował ściany.
Znalazł stałą pracę w warsztacie.
Nie nachodził Anny.
Nie dzwonił nocami.
Nie błagał jej o powrót.
Czasem spotykali się przed sklepem.
— Cześć.
— Cześć.
Od czasu do czasu Marek pomagał pani Helenie.
Naprawił dach nad szopą.
Zamontował nową furtkę.
Przed zimą zaczął budować jej nową łaźnię, zamiast tej starej.
— Po co to robisz? — zapytała pani Helena.
— Stara przesiąkła moim wstydem. Trzeba ją wymienić.
Starsza kobieta prychnęła.
— Słusznie. Wchodzisz do środka i od razu pachnie sumieniem.
Minęło pięć miesięcy.
W lutym Anna wracała wieczorem z pracy.
Padał gęsty śnieg.
Przed jej domem ktoś odgarniał ścieżkę.
Rozpoznała Marka.
— Co ty tu robisz?
— Odśnieżam.
— Widzę.
— Rano zaczynasz dyżur. Znowu brnęłabyś po zaspach.
— Nie prosiłam cię o to.
— Wiem.
Odstawił łopatę.
— Mam odejść?
Anna długo mu się przyglądała.
W końcu powiedziała:
— Napijesz się herbaty?
Tego wieczoru po raz pierwszy od prawie roku wszedł do domu.
Nie jako gospodarz.
Jako gość.
Zdjął buty i rozejrzał się po żółtych ścianach.
Zauważył nowe zasłony.
Uśmiechnął się.
— Ładnie tu.
— Kiedyś twierdziłeś, że ten kolor jest okropny.
— Mówiłem wiele głupich rzeczy.
— To akurat prawda.
Wypili herbatę.
Rozmawiali prawie do północy.
Nie o Katarzynie.
Nie o zdradzie.
O dzieciach.
O pracy.
O pani Helenie.
O tym, ile jabłek urosło jesienią.
Kiedy Marek wychodził, Anna niespodziewanie zapytała:
— Jutro masz czas?
— Po piętnastej.
— Przyjdź. Kran w kuchni znowu przecieka.
Uśmiechnął się.
— Przyjdę.
Z nadejściem wiosny zaczął zaglądać częściej.
Nigdy jednak nie przynosił walizki.
Anna ani razu go o to nie poprosiła.
Pewnego majowego popołudnia siedzieli na ganku.
W ogrodzie kwitła jabłoń.
Ta sama, której gałęzie uderzały w szybę w dniu, gdy Marek odszedł.
Marek odezwał się cicho:
— Wiesz, czego najbardziej żałuję?
— Katarzyny?
— Nie.
— Czego więc?
— Tego, że sprawiłem, iż zaczęłaś myśleć, że z tobą było coś nie tak.
Anna odwróciła się ku niemu.
— Długo ci zajęło, zanim to zrozumiałeś.
— Prawie rok.
— Niektórym nie wystarcza całe życie.
Uśmiechnął się smutno.
— Aniu…
— Tak?
— Nadal cię kocham.
Nie odpowiedziała od razu.
Po chwili wyciągnęła rękę.
Marek ostrożnie ujął ją w swoją dłoń.
— Masz zimne ręce — powiedział.
Anna spojrzała na kwitnącą jabłoń.
— Rozgrzeją się.
Miesiąc później Marek wrócił do domu.
Bez walizki.
Nie miał już zbyt wielu rzeczy.
Przyniósł za to coś innego niż obietnice — drewnianą półkę do kuchni, którą sam zrobił.
Anna spojrzała na nią i wybuchnęła śmiechem.
— Co to ma być?
— Zaczynam udowadniać czynami.
— Od półki?
— Od małych rzeczy łatwiej zacząć coś trwałego.
Nie stali się dawną rodziną.
I właśnie to okazało się najlepsze.
Tamta rodzina raz już się rozpadła.
Oni zbudowali nową.
Taką, w której najpierw rozmawiało się o bólu, zamiast go w sobie gromadzić.
Taką, w której miłości nie mylono z przyzwyczajeniem.
Taką, w której nikt nie należał do nikogo, a mimo to każdego ranka oboje na nowo wybierali wspólne życie.
Rok później pani Helena po raz pierwszy pozwoliła Markowi rozpalić piec w nowej łaźni.
Przyniósł drewno, rozpalił ogień i zawołał:
— Pani Heleno, gotowe!
Zajrzała do środka.
— Całkiem porządna.
— Starałem się.
— No dobrze.
Odwróciła się do niego.
— Uznajmy, że połowę win już odpracowałeś.
— A co z drugą połową?
— Żyj przyzwoicie. Może za dwadzieścia lat o niej porozmawiamy.
Z domu dobiegł śmiech Anny.
Marek spojrzał w tamtą stronę i uśmiechnął się.
Kiedyś odszedł z tego domu, szukając nowego życia.
Dopiero gdy stracił niemal wszystko, zrozumiał prostą prawdę:
nowe życie nie zaczyna się tam, gdzie czeka na ciebie ktoś inny.
Zaczyna się dopiero wtedy, gdy sam wreszcie stajesz się innym człowiekiem.
