— Żonę. Marianna już się z tobą nie kłóci, Grzegorz. Ona mówi tylko: „Dobrze, zrozumiałam”, a potem zamyka się w łazience i odkręca wodę, żeby nikt nie słyszał, jak płacze. Wczoraj wszystko słyszałam. Tego właśnie powinieneś się bać. Kiedy kobieta przestaje się spierać, nie zawsze oznacza to, że w domu zapanował spokój. Czasem oznacza, że w środku podjęła już decyzję.
Grzegorz podniósł głowę. Po raz pierwszy tego wieczoru spojrzał matce prosto w oczy.
— Co mam teraz zrobić?
— Pomyśl. Nie jesteś przecież głupi. Znasz tyle narzędzi i potrafisz rozpoznać każde po nazwie. — Zapięła płaszcz. — Na początek wróć do domu i zjedz kolację, za którą sam zapłaciłeś. Zobaczysz, że będzie ci smakowała o wiele bardziej.
Kolacja rzeczywiście była znakomita. Język z chrzanem, krewetki z czosnkiem i sałatka, na którą Zosia rzuciła się jako pierwsza. Grzegorz jadł w milczeniu. Kiedy jednak Marianna wstała, żeby zebrać brudne talerze, niespodziewanie odebrał jej całą stertę i sam zaniósł ją do zlewu.
Marianna została na środku kuchni z pustymi rękami, jakby nagle nie wiedziała, co z nimi zrobić.
Genowefa wyjechała w niedzielę. Grzegorz zawiózł ją na dworzec autobusowy, sam włożył walizkę do bagażnika, a przed odjazdem długo trzymał matkę za ramiona.
— Nie gniewaj się na mnie, mamo.
— Nie gniewam się. Ale będę sprawdzać.
W środę wieczorem Genowefa dostała wiadomość od synowej. Dołączono do niej zdjęcie lodówki. Pod tym samym magnesem z Krynicy Morskiej wisiała zupełnie nowa lista. Pismo było inne: duże, trochę koślawe litery nachodziły na siebie.
„Jajka (30 sztuk, żeby nie biegać co chwilę), mleko, cały kurczak, ser, mandarynki, jogurty dla Zosi (te, które naprawdę lubi). Tortów w tym tygodniu NIE KUPOWAĆ. Niech mama wreszcie porządnie się wyśpi”.
Pod fotografią Marianna dopisała:
„Sam poszedł do sklepu. Przyniósł paragon i mi go pokazał, jakby składał raport”.
Genowefa długo patrzyła na ekran telefonu. Potem powoli, jednym palcem, wystukała odpowiedź:
„Paragonu nie wyrzucaj. Przyjadę na Boże Narodzenie i sprawdzę”.
