— Tatusiu, nie idź!
Marek uklęknął przed nią.
Dotknął jej twarzy.
— Posłuchaj mnie.
Łzy spływały jej po policzkach.
— Ona cię skrzywdzi.
Uśmiechnął się łagodnie.
— Już to zrobiła.
Pauza.
— Ale ciebie już nigdy nie skrzywdzi.
Zosia drżała.
— A jeśli nie wrócisz?
Marek przełknął ślinę.
Bo dzieci zadają pytania, których dorośli boją się wypowiedzieć na głos.
Pocałował ją w czoło.
— Wtedy zapamiętaj jedno.
Zosia zapłakała mocniej.
— Co?
Głos Marka się załamał.
— Nigdy nie byłaś błędem.
Cisza.
Helena znieruchomiała.
Zosia przestała szlochać.
Marek mówił dalej.
— Jesteś najlepszym, co mnie w życiu spotkało.
Zosia opadła mu na szyję.
— Kocham cię.
Marek zamknął oczy.
Łzy wreszcie popłynęły.
— Ja ciebie też kocham.
Potem wstał.
I ruszył do zachodniego skrzydła.
Sam.
Zachodnie skrzydło od lat było zamknięte.
Należało do Krystyny.
Żaden służący nie wchodził tam bez pozwolenia.
Kamery nie działały.
Świadków nie było.
Marek otworzył drzwi.
Ciemność.
Tylko księżycowe światło.
A tam—
Przy kominku—
Siedziała Krystyna.
Idealnie wyprostowana.
Idealne perły.
Idealny spokój.
Jakby nic z tego nie wytrąciło jej z równowagi.
Marek zamknął drzwi.
Cisza.
Matka i syn.
Na wojnie.
Krystyna nalała herbaty.
— Usiądź.
Marek nie drgnął.
— Nie.
Westchnęła.
— Zawsze nie znosiłeś konfrontacji.
Marek odpowiedział:
— Nie.
Pauza.
— Nie znosiłem cię rozczarowywać.
Po raz pierwszy—
Coś mignęło w oczach Krystyny.
Wspomnienie.
Potem zniknęło.
Odstawiła filiżankę.
— Ona cię osłabia.
Marek patrzył na nią.
— Zosia?
Krystyna skinęła głową.
— Czyni cię emocjonalnym.
Marek zaśmiał się gorzko.
— Czyni mnie człowiekiem.
Twarz Krystyny stwardniała.
— Człowieczeństwo niszczy imperia.
Marek zrobił krok bliżej.
— Więc może imperium zasłużyło na zniszczenie.
To trafiło.
Oczy Krystyny zwęziły się.
— Zniszczyłbyś pokolenia władzy dla dziecka?
Marek nie zawahał się.
— Tak.
Cisza.
Krystyna przyglądała mu się długo.
Potem powoli, dziwnie, uśmiechnęła się.
Niemal ze smutkiem.
— A więc naprawdę kochałeś Annę.
Marek znieruchomiał.
Anna.
Od lat nie wypowiadał jej imienia.
Krystyna podniosła się.
Podeszła do zamkniętej szafki.
Otworzyła ją.
Wyjęła teczkę.
Położyła ją na stole.
Marek zmarszczył brwi.
— Co to jest?
Krystyna wyszeptała:
— Prawda.
Puls przyspieszył mu gwałtownie.
— Jaka prawda?
Spojrzała na niego.
I powiedziała zdanie, które rozbiło cały jego świat.
— Anna Lisiecka nie zginęła w tamtym wypadku.
Marek przestał oddychać.
Nie.
Niemożliwe.
— Co?
Krystyna pozostała spokojna.
— Przeżyła.
Marek zachwiał się.
Nie.
Nie—
To nie mogło być prawdą.
Pochował ją.
Widział raport.
Widział—
Krystyna mówiła dalej.
— Zniknęła, bo jej zapłaciłam.
Cisza.
Świat Marka runął.
— Wzięła pieniądze.
— Nie.
Spojrzenie Krystyny wyostrzyło się.
— Wzięła Zosię.
Kolana Marka osłabły.
Nie.
— Zostawiła cię.
Marek wyszeptał:
— Kłamiesz.
Krystyna przesunęła po stole fotografię.
Marek spojrzał w dół.
Krew zastygła mu w żyłach.
Anna.
Żywa.
Zdjęcie świeże.
Trzymała dziecięcy rysunek.
Data.
Sprzed trzech miesięcy.
Niemożliwe.
Nie.
Ręce mu zadrżały.
— Gdzie ona jest?
Krystyna milczała.
Marek ryknął:
— GDZIE ONA JEST?
Krystyna odpowiedziała:
— Chce Zosię.
Cisza.
Nie.
Wtedy—
Drzwi zachodniego skrzydła otworzyły się z hukiem.
Piotr wbiegł do środka.
Blady.
Przerażony.
— Panie Marku!
Marek odwrócił się.
— Co?
Piotr z trudem łapał oddech.
— Pokój bezpieczeństwa…
Serce Marka zamarło.
Nie.
Piotr krzyknął:
— Zosia zniknęła!
Wszystko w Marku Wysockim znieruchomiało.
To nie był spokój.
To nie była kontrola.
To było coś zimniejszego.
Coś znacznie groźniejszego.
Jego córka zniknęła.
Znowu.
Słowa Piotra Nowaka odbiły się echem w zachodnim skrzydle jak strzały.
Zosia zniknęła.
Przez jedną sekundę nikt się nie poruszył.
Potem Marek rzucił się do biegu.
Minął Piotra tak gwałtownie, że szef ochrony ledwo zdążył za nim ruszyć.
Za nimi Krystyna Wysocka została przy kominku, nieprzenikniona.
Marek zatrzymał się w progu.
Nie odwracając głowy, powiedział nisko.
Śmiertelnie.
— …nigdy więcej mnie nie zobaczysz.
I pobiegł.
Pokój bezpieczeństwa ukryto pod wschodnim skrzydłem, za wzmocnioną stalą.
Zamek biometryczny.
Niezależny dopływ tlenu.
Monitoring wojskowej klasy.
Nie dało się włamać tam po cichu.
A jednak kiedy Marek dotarł na miejsce, drzwi skarbca były otwarte.
Źle.
Wszystko było źle.
W środku nic nie wyglądało na naruszone.
Koce.
Apteczka.
Butelki wody.
Awaryjne monitory.
Ale Zosi nie było.
Była tylko Helena Kowalska.
Płakała.
Trzęsła się.
Złamana.
Marek chwycił ją za ramiona.
— Co się stało?
Helena łkała.
— Ja… ja nie rozumiem…
Jego głos się wyostrzył.
— Heleno.
Zaczerpnęła powietrza.
— Poprosiła o swój rysunek.
Marek znieruchomiał.
— Co?
Helena płakała jeszcze mocniej.
— Powiedziała, że zostawiła go na górze.
Krew odpłynęła Markowi z twarzy.
Rysunek.
Ten, który Zosia trzymała ukryty pod poduszką.
Portret Anny.
Marek wyszeptał:
— I co dalej?
Helena zaczęła drżeć.
— Wtedy odezwał się głos przez interkom.
Cisza.
Marek przestał oddychać.
— Jaki głos?
Helena zasłoniła usta dłonią.
— Kobiety.
Nie.
Nie—
Helena wyszeptała:
