Rozdział 17 — Nie odsunąłeś się
Cicho się roześmiałam.
To był tylko krótki dźwięk, ale przeciął jego przemowę skuteczniej niż krzyk.
— Nie odsunąłeś się od niej, Konradzie.
Pochyliłam się i oparłam dłonie na gładkim blacie.
— Kiedy stałam w łazience ranna i upokorzona, nie zapytałeś nawet, czy wszystko ze mną w porządku.
Zamarł.
— Spojrzałeś na kobietę, która właśnie mnie zaatakowała, i zapytałeś: „O czym ty myślałaś?”.
Zrobiłam pauzę.
— A ona odpowiedziała: „Zrobiłam to dla nas”. Całość zarejestrowały kamery.
Twarz Konrada pobladła.
— Była niepoczytalna. Była mną obsesyjnie zauroczona.
Rozdział 18 — Wyciąg bankowy też był niepoczytalny
Adrianna otworzyła teczkę i rozłożyła przed członkami rady dziewięć identycznych kompletów dokumentów.
— Jeśli panna Sadowska rzeczywiście działała pod wpływem urojenia, panie Karwacki, to pańska firmowa karta kredytowa najwyraźniej również mu uległa.
Odwróciła pierwszą stronę.
— W ciągu ostatnich dwudziestu czterech miesięcy zatwierdził pan dwadzieścia trzy podróże reprezentacyjne.
Wiedeń. Zakopane. Sopot. Mediolan. Jeszcze kilka innych kierunków.
— W niemal każdym planie podróży Blanka Sadowska leciała w klasie biznes, a jej pokój znajdował się obok pańskiego.
Przewróciła kolejną kartkę.
— Ponadto przyznał jej pan dodatkową miesięczną wypłatę w wysokości czterdziestu pięciu tysięcy złotych, poza standardowym systemem wynagrodzeń.
W sali zrobiło się zupełnie cicho.
— I wreszcie: dwieście dziesięć tysięcy złotych przelano z budżetu marketingowego na rachunek spółki zapisanej na matkę panny Sadowskiej. Środki przeznaczono na wynajem mieszkania w centrum Warszawy.
Członkowie rady zaczęli kartkować dokumenty.
W pomieszczeniu rozszedł się szmer.
Wiedziałam, że właśnie teraz wszystko zostanie rozstrzygnięte.
Nie wtedy, gdy przemawiałam. Nie wtedy, gdy Konrad czerwienił się ze złości.
Teraz, w cichym szelescie papieru.
Rada mogła wybaczyć romans, trudny charakter albo złą opinię. Mogła przymknąć oko na wiele dziwactw dyrektora, jeśli przynosił zyski.
Nie mogła jednak wybaczyć kradzieży pieniędzy spółki.
Romans był jego prywatną sprawą. Obrzydliwą, ale prywatną.
Dwieście dziesięć tysięcy złotych należało do akcjonariuszy, w tym częściowo do mnie.
Pieniądze trafiły do podstawionej firmy, by utrzymywać kobietę, która później zaatakowała akcjonariuszkę w siedzibie zarządu.
To nie był już konflikt rodzinny. To było naruszenie obowiązków powierniczych.
Mój ojciec mawiał:
— Dobre zarządzanie nie wymaga bohaterstwa. Wystarczy zmusić ludzi, żeby przeczytali dokumenty.
Nie musiałam przekonywać rady. Wystarczyło położyć dowody na stole i pozwolić liczbom przemówić.
Rozdział 19 — Punkt 14-B
— Ponadto — kontynuowała Adrianna — zgodnie z punktem 14-B statutu Rybicki Transport każdy członek zarządu, który ukrywa przestępstwo, rażąco narusza zasady etyczne albo przywłaszcza środki spółki, traci niewykorzystane opcje, odprawę i wszelkie świadczenia określane mianem złotego spadochronu.
Wszyscy zrozumieli, co to oznacza.
Konrad nie został przyłapany wyłącznie na zdradzie. Wykorzystał firmę stworzoną przez mojego ojca jak prywatny portfel, by utrzymywać kobietę, która napadła na jego córkę.
Statut napisany wiele lat wcześniej przewidywał konsekwencje właśnie dla takich ludzi.
Rozdział 20 — To ja zbudowałem tę firmę!
Konrad uderzył dłońmi w stół. Resztki opanowania zniknęły.
— To ja zbudowałem tę firmę! — krzyknął.
Twarz poczerwieniała mu z gniewu.
— Podwoiłem przychody w pięć lat! Chcecie zniszczyć całe moje życie przez kilka źle rozliczonych podróży i rodzinny konflikt wynikający z zazdrości?!
Tadeusz Wrona podniósł wzrok znad dokumentów.
— Nie, Konradzie. To nie pan zbudował tę firmę.
Zrobił krótką przerwę.
— Zbudował ją ojciec Zofii.
W sali zapadła cisza.
— Powierzono panu zarządzanie, bo wierzyliśmy, że uszanuje pan jego dorobek i jego córkę.
Tadeusz spojrzał mu prosto w oczy.
— Zawiódł nas pan w obu sprawach.
Było to najprawdziwsze zdanie, jakie padło tego dnia.
Uderzyło Konrada mocniej niż raport finansowy, bo odebrało mu historię, którą opowiadał sobie przez całe życie.
Wierzył, że wszystko osiągnął sam. Że firma była jego imperium, a inni jedynie przypadkiem znaleźli się obok jego wielkości.
To nie była prawda.
Mój ojciec zaczynał od jednego magazynu i wynajętej ciężarówki. Gdy Konrad przejął stery, otrzymał działającą sieć krajową, doświadczoną radę, stałych klientów i córkę człowieka, który stworzył cały system.
Uznał to wszystko za coś, co mu się należało.
Przychody rzeczywiście wzrosły. Można jednak zwiększyć przychody maszyny zbudowanej przez kogoś innego i nadal pozostać tylko człowiekiem, któremu powierzono kierowanie nią.
Tadeusz nie mówił tego z triumfem. Stwierdził jedynie fakt, którego przez lata nikt nie chciał wypowiedzieć.
Wtedy zobaczyłam, jak Konrad rozumie, że ludzie, których uważał za wielbicieli, zawsze znali prawdę.
Jego prawdziwym upadkiem nie było nawet głosowanie ani ochrona wyprowadzająca go z budynku.
Była nim chwila, gdy odkrył, że jego wspaniały obraz samego siebie istniał tylko dzięki uprzejmości innych.
