Poczułam gorąco na twarzy i podeszłam szybko do Zosi.
— Kochanie, nie pokazujemy palcem na cudze ciało.
— Ale tam jest tata, mamusiu.
Mówiła z absolutną pewnością.
Nie było w niej ani cienia wahania.
Przykucnęłam przy niej i wskazałam Marka.
— Tata stoi tam.
Pomachał szczypcami do grilla.
— Jestem tutaj, robaczku.
Zosia popatrzyła na niego, później znów na Elżbietę. Nagle jej twarz się skurczyła.
— Nie. Tata jest tam.
— Twój tata jest przecież tam.
Zosia rozpłakała się.
Nie tak, jak płakała, gdy odmawiałam jej kolejnego ciastka.
To był prawdziwy, przestraszony płacz.
Chwyciła mnie za nadgarstek i zaczęła ciągnąć w stronę basenu.
Elżbieta wyszła z wody i sięgnęła po ręcznik.
— Anno, daj spokój. Ona ma trzy lata!
Zosia wciąż płakała.
Pociągnęła mnie jeszcze mocniej.
— Nie, mamusiu! Ja nie kłamię. Popatrz!
Spojrzałam tam, gdzie wskazywał jej palec.
Najpierw zobaczyłam tylko gładki materiał kostiumu Elżbiety, z głębokimi geometrycznymi wycięciami przy talii, przez które było widać bladą skórę.
Wtedy Elżbieta lekko się obróciła.
Spod wysokiej krawędzi jednego z wycięć, na żebrach, pojawił się ledwie widoczny ślad ciemnego tuszu.
Stary tatuaż.
Latarnia morska.
— Nie, mamusiu! Mówię prawdę. Spójrz tam!
Tusz dawno wyblakł i miał teraz szaroniebieski odcień. Cienkimi liniami narysowano wąską latarnię stojącą pośród zawijających się fal.
Obok znajdowało się małe uśmiechnięte słońce.
Kółko. Siedem krótkich promieni. Dwie kropki zamiast oczu. I jedna nierówna kreska wygięta w uśmiech.
Widziałam takie słońce tysiące razy.
Patrzyłam na ten rysunek niezliczoną ilość razy.
Marek bazgrał go na listach zakupów.
Na serwetkach.
Na kartkach urodzinowych.
Na każdej małej karteczce, którą wkładał Zosi do pudełka z drugim śniadaniem.
Wyprostowałam się tak gwałtownie, jakby ktoś pociągnął mnie za sznurek.
— Marek.
W moim głosie musiało zabrzmieć coś, co natychmiast uciszyło całe podwórko.
To właśnie to samo słońce Marek od lat rysował na naszych listach zakupów.
Podszedł do nas, wycierając dłonie w ręcznik.
— Co się stało?
Wskazałam Elżbietę.
— Dlaczego twój rysunek jest na jej ciele?
Marek spojrzał w tamtą stronę.
Ręcznik wypadł mu z dłoni.
Elżbieta wpatrywała się w niego.
Przez długą sekundę żadne z nich nic nie powiedziało.
— Dlaczego na jej skórze jest twój znak?
Moja ciotka przestała zbierać talerzyki.
Ojciec wyprostował się pod parasolem.
Ktoś wyłączył muzykę.
Marek pobladł.
— Proszę — powiedział. — Pozwól mi to wyjaśnić.
Te słowa zabrzmiały strasznie.
Oczywiście, że zabrzmiały strasznie. Nie mogły zabrzmieć inaczej.
Marek wyglądał, jakby nagle odpłynęła z niego cała krew.
Elżbieta owinęła ręcznik wokół bioder.
— Nie wiem, jaką historię zdążyłaś już ułożyć sobie w głowie.
— W głowie? — powtórzyłam ostro. — Moja córka właśnie rozpoznała rysunek mojego męża na twoim ciele.
Zosia stała między nami i kreśliła palcem słońce w powietrzu.
— Tata rysuje wesołe słoneczko.
— Moja trzyletnia córka rozpoznała znak Marka na twojej skórze.
Marek przykucnął obok Zosi.
— Masz rację.
To przyznanie spadło na gości jak lodowata fala.
Spojrzałam na niego.
— Jak?
Jedną dłoń nadal trzymał na ramieniu Zosi.
— Zanim cię poznałem, byłem wolontariuszem w miejskim ośrodku kultury.
— Masz rację — powtórzył cicho.
— O wolontariacie wiem — przerwałam mu.
Opowiadał mi kiedyś o sobotnich zajęciach i malowaniu wspólnych przestrzeni.
Ale nigdy nie wspomniał o Elżbiecie.
Elżbieta mocniej przycisnęła ręcznik do ciała.
Marek znowu spojrzał na tatuaż.
— Działał tam program dla osób wracających do siebie po operacjach. Miejscowi artyści pomagali im tworzyć wzory, które później tatuowano na bliznach. Nie byłem tatuażystą — dodał szybko. — Robiłem tylko szkice.
Nigdy wcześniej nie powiedział mi o Elżbiecie.
Elżbieta rozchyliła usta.
— Ośrodek przy ulicy Lipowej.
Marek spojrzał na nią z niedowierzaniem.
— Pamięta pani?
— Tylko urywki.
Dotknęła latarni.
— Pamiętam młodego chłopaka z rękami całymi w farbie.
W jej pamięci zostały najwyraźniej tylko pojedyncze obrazy.
Ojciec patrzył raz na Elżbietę, raz na Marka.
— Wtedy się nie znaliście?
— Nie — odpowiedziała Elżbieta tak cicho, że jej głos ledwie przebijał się przez szmer wody spływającej po schodkach basenu.
— To było prawie dwadzieścia lat temu.
Marek usiadł na piętach.
— Pewnej soboty przyszła kobieta i poprosiła każdego z nas, żeby narysował coś, co dla niego oznacza nadzieję.
— Naprawdę nie byliście wtedy znajomymi?
Elżbieta zamknęła oczy.
Przyjęcie dookoła jakby przestało istnieć.
Nikt nie stukał talerzami.
Dzieci przestały krzyczeć.
Nawet Zosia stała zupełnie nieruchomo.
— Niedługo wcześniej przeszłam operację — powiedziała Elżbieta.
— Dopiero co wtedy wracałam do siebie po zabiegu.
Jej dłoń znów spoczęła na tatuażu.
— Usunięto mi guz. Blizna przecinała brzuch i za każdym razem, kiedy na nią patrzyłam, przypominała mi o wszystkim, co prawie się wydarzyło.
Ojciec patrzył na nią wstrząśnięty.
— Nigdy nie opowiedziałaś mi tej części.
— Mówiłam ci, że miałam operację.
— Powiedziałaś tylko, że było to wiele lat temu.
