Na przyjęciu przy basenie z okazji trzecich urodzin mojej córki wskazała brzuch mojej macochy i powiedziała: „Tam jest tata”. Roześmiałam się

Była całkowicie pewna.

Przykucnęłam obok niej i wskazałam Piotra.

— Tata stoi tam.

Pomachał do niej szczypcami do grilla.

— Jestem tutaj, robaczku.

Zosia spojrzała na niego, potem ponownie na Ewę.

Nagle twarz jej się wykrzywiła.

— Nie. Tata tam.

— Twój tata jest przy grillu.

Wtedy zaczęła płakać.

Nie był to płacz, którym reagowała, kiedy odmawiałam jej kolejnego ciastka.

Był przestraszony. Prawdziwy.

Złapała mnie za nadgarstek i pociągnęła w stronę basenu.

Ewa właśnie wychodziła z wody i sięgała po ręcznik.

— Marta, daj spokój. Ona ma dopiero trzy lata.

Ale Zosia płakała coraz mocniej.

Szarpnęła mnie za rękę.

— Nie, mamusiu! Ja nie kłamię. Popatrz!

Spojrzałam tam, gdzie wskazywała.

Najpierw zobaczyłam tylko gładką tkaninę kostiumu Ewy z geometrycznymi wycięciami przy talii oraz jasną skórę widoczną między nimi.

Potem Ewa lekko się obróciła.

Tuż pod wyższą krawędzią jednego z wycięć, na żebrach, pojawił się fragment ciemnego, wyblakłego tuszu.

Stary tatuaż.

Latarnia morska.

— Mamusiu, naprawdę! Popatrz tam!

Tuszu niemal nie można już było nazwać czarnym. Przez lata zmienił się w szaroniebieski odcień. Cienkie kreski układały się w smukłą latarnię stojącą pośród zakręconych fal.

Obok widniało małe uśmiechnięte słoneczko.

Okrąg.

Siedem krótkich promieni.

Dwie kropki zamiast oczu.

I krzywa linia tworząca uśmiech.

Widziałam to słońce tysiące razy.

Piotr rysował je wszędzie.

Na listach zakupów.

Na serwetkach.

Na kartkach urodzinowych.

Na każdej karteczce, którą wkładał Zosi do pudełka ze śniadaniem.

Wyprostowałam się tak gwałtownie, jakbym dostała w plecy.

— Piotr.

Coś w moim głosie sprawiło, że rozmowy w ogrodzie natychmiast ucichły.

Podszedł do mnie, wycierając ręce w kuchenny ręcznik.

— Co się stało?

Wskazałam na Ewę.

— Dlaczego twój rysunek jest na jej ciele?

Piotr popatrzył w stronę, którą wskazywałam.

Ręcznik wypadł mu z dłoni.

Ewa wpatrywała się w niego.

Przez jedną bardzo długą sekundę żadne z nich nic nie powiedziało.

— Dlaczego ona ma na ciele twój znak?

Moja ciotka przestała zbierać talerzyki.

Ojciec wyprostował się pod parasolem.

Ktoś ściszył, a potem wyłączył muzykę.

Piotr zbladł.

— Proszę — powiedział. — Pozwól mi to wyjaśnić.

Nie istniał chyba gorszy zestaw słów, jaki mąż mógł wypowiedzieć w takiej chwili.

Wyglądał, jakby cała krew odpłynęła mu z twarzy.

Ewa szybko owinęła ręcznik wokół talii.

— Nie wiem, jaką historię zdążyłaś już sobie ułożyć.

— Ułożyć? — powtórzyłam ostro. — Moja córka właśnie rozpoznała rysunek mojego męża na twoim ciele.

Zosia stała między nami i kreśliła palcem kółko w powietrzu.

— Tata robi wesołe słoneczko.

Piotr przykucnął przy niej.

— Masz rację.

Te dwa słowa przeszły przez zebranych jak lodowata fala.

Spojrzałam na niego.

— Jakim cudem?

Jedną rękę trzymał na ramieniu Zosi.

— Zanim cię poznałem, byłem wolontariuszem w miejskim domu kultury.

— Wiem — przerwałam mu.

Opowiadał mi kiedyś o sobotnich zajęciach artystycznych i o malowaniu murali na publicznych budynkach.

Nigdy jednak nie wspomniał o Ewie.

Ewa mocniej zacisnęła ręcznik.

Piotr spojrzał ponownie na tatuaż.

— Prowadzili tam program dla osób dochodzących do siebie po operacjach. Lokalni artyści pomagali im wymyślać wzory, które później tatuowano na bliznach albo wokół nich. Nie byłem tatuażystą — dodał szybko. — Tylko robiłem projekty.

Nigdy wcześniej nie opowiedział mi o tej części.

Ewa rozchyliła usta, jakby właśnie coś sobie przypomniała.

— Dom kultury przy Lipowej.

Piotr spojrzał na nią z niedowierzaniem.

— Pamięta pani?

— Tylko urywki.

Dotknęła latarni.

— Pamiętam młodego chłopaka z rękami całymi w farbie.

Ojciec patrzył raz na nią, raz na Piotra.

— Czyli wtedy naprawdę się nie znaliście?

— Nie — odpowiedziała cicho Ewa.

Jej głos ledwo przebijał się przez odgłos wody spływającej z basenowych schodków.

— To było prawie dwadzieścia lat temu.

Piotr usiadł na piętach.

— Pewnej soboty przyszła kobieta prowadząca zajęcia i poprosiła każdego z nas, żeby narysował coś, co oznacza dla niego nadzieję.

Ewa zamknęła oczy.

Wydawało się, że całe przyjęcie nagle zniknęło.

Nikt nie przekładał talerzy.

Dzieci przestały krzyczeć.

Nawet Zosia znieruchomiała.

— Krótko wcześniej przeszłam operację — powiedziała Ewa.

Jej dłoń ponownie spoczęła na tatuażu.

— Usunięto mi guz. Blizna przechodziła przez brzuch. Nie umiałam na nią patrzeć, bo za każdym razem przypominała mi o tym, co niemal się wydarzyło.

Ojciec wpatrywał się w nią wstrząśnięty.

— Nigdy mi tego nie opowiedziałaś.

— Powiedziałam ci, że miałam operację.

— Powiedziałaś tylko, że to było dawno.

— Bo było.

— Ale nigdy nie mówiłaś o szczegółach.

Spojrzała na niego, po czym odwróciła wzrok.

— Nie chciałam przez resztę życia przedstawiać siebie ludziom poprzez najstraszniejsze wydarzenie, jakie mnie spotkało.

Piotr przesunął kciukiem po wnętrzu dłoni.

— Narysowałem latarnię, bo stoi nawet podczas najgorszej pogody. Nie udaje, że burzy nie ma. Po prostu nadal stoi.

Zosia przycisnęła się do jego boku.

— A słoneczko?

Piotr uśmiechnął się do niej niemal niewidocznie.