Wrześniowe powietrze zrobiło się już chłodne, więc zajrzałam do szafy po jej ciepły sweter. Szary, wełniany, z małymi okrągłymi guzikami. Mama nosiła go chyba od piętnastu lat. Leżał na samej górze, a pod nim ukryte było metalowe pudełko po herbacie. Znałam je od dzieciństwa: niebieskie, z namalowanym słoniem. Kiedyś nie wolno mi było go nawet dotykać.
Nie wiem, dlaczego uniosłam wieczko. Może uznałam, że dawno przestałam być siedmioletnią dziewczynką.
W środku znalazłam niewielki plik banknotów przewiązany gumką recepturką. Pod pieniędzmi leżała kartka wyrwana z zeszytu w kratkę, złożona na cztery części. Mama napisała na niej tym samym równym pismem, którym podpisywała kiedyś moje szkolne zeszyty:
„Na morze. Chociaż jeden raz”.
Niżej widniały daty oraz kwoty zapisane w równych kolumnach. Każda pozycja była przekreślona.
1997 — „Ula idzie do pierwszej klasy”.
2003 — „Naprawa dachu”.
2009 — „Czesne Uli za studia”.
2016 — „Ślub”.
2021 — „Pierwsze mieszkanie Uli”.
Na dnie pudełka leżała pocztówka z latarnią morską w Gdańsku. Na odwrocie rozpoznałam pismo ojca. Poznałabym je nawet wśród tysiąca innych — literę „g” zawsze kreślił z długim ogonkiem.
„Heleno, jest tu pięknie, ale bez ciebie czegoś brakuje. W przyszłym roku przyjedziemy razem. Obiecuję. Twój Stefan. Gdańsk, 1995”.
Do następnego lata tata już nie dożył.
Siedziałam na łóżku z pocztówką w dłoniach, kiedy za plecami usłyszałam skrzypnięcie drzwi.
— Odłóż to na miejsce — powiedziała cicho mama.
Stała w progu z papierową torbą z apteki. Nie patrzyła na mnie, tylko na otwarte pudełko.
— Mamo…
— Zawsze mówiłaś, że morze to głupota.
— A co miałam mówić? — Usiadła obok mnie, a materac ugiął się pod jej ciężarem. — Że bardzo chcę pojechać? Komu miałam się przyznać? Twój ojciec obiecał mi wspólny wyjazd, a potem nagle go zabrakło. Ciebie trzeba było przygotować do szkoły. Nie miałaś porządnego tornistra ani butów. Później przeciekał dach. Pamiętasz, jak ustawialiśmy miski we wszystkich pokojach? Potem twoje studia. Potem ślub. Za każdym razem powtarzałam sobie: dobrze, za rok. Tylko że w kolejnym roku zawsze pojawiało się coś ważniejszego.
Mama wzięła ode mnie pocztówkę i ostrożnie wygładziła zagięty róg.
— Z czasem przywykłam mówić, że niczego nie potrzebuję. Tak było łatwiej, córeczko. Człowiek mówi „nie chcę”, więc może sobie wmówić, że sam zrezygnował, a nie że życie zadecydowało za niego.
— Dlatego się na nas obraziłaś?
Długo milczała. W końcu powoli pokręciła głową.
— Nie na was. I nie na Marię. To dobra kobieta, niech odpoczywa. Jej też los nie rozpieszczał. Obraziłam się na siebie, Urszulo. Słuchałam, jak przez telefon opowiadasz o waszym wyjeździe, jak troszczysz się o każdy szczegół, nawet o łagodne wejście do wody, i myślałam: mnie przecież nikt nigdy by tego nie zaproponował. Ja jestem tą matką od cukinii i słoików. Przez trzydzieści lat przekonywałam wszystkich, że niczego nie potrzebuję. Więc uwierzyliście. Czy naprawdę mogę mieć do was pretensje?
Spróbowała się uśmiechnąć, ale drgnął tylko kącik jej ust.
— A o warzywach powiedziałam w złości. Wszystko już dla was przygotowałam. Worki stoją w piwnicy, nawet podpisałam, co w którym jest.
Objęłam ją mocno. Jej znajomy sweter pachniał koperkiem i naftaliną. I wtedy, pierwszy raz od wielu lat, rozpłakałam się na ramieniu mamy zupełnie jak małe dziecko. Tak jak tamtego dnia, kiedy pod szkołą potknęłam się i rozbiłam kolano o krawężnik.
Tego wieczoru bagażnik rzeczywiście zapełnił się po brzegi. Kiedy jednak wróciliśmy do domu, nie opowiedziałam Michałowi o ziemniakach ani o słoikach. Powiedziałam mu o niebieskim pudełku.
Długo siedział przy kuchennym stole, obracając filiżankę w dłoniach. Wreszcie sięgnął po telefon i zadzwonił do swojej matki.
Nie słyszałam, co mówił Marii, bo wyszedł na balkon. Wiedziałam tylko, że tydzień później, kiedy jego rodzice wrócili z Antalyi opaleni i wciąż trochę oszołomieni szczęściem, teściowa poprosiła, żeby zawieźć ją do mojej mamy.
— Chce pani jechać sama? — zdziwiłam się. — Przecież widziałyście się tylko na naszym ślubie i podczas chrztu młodszego brata Michała.
— W takim razie najwyższy czas spotkać się bez okazji — odpowiedziała Maria stanowczo.
Przyjechała z dużą torbą. Przywiozła suszone morele, herbatę z hibiskusa, kolorową chustę z wyszywanymi palmami i garść muszelek. Muszelki przewoziła w skarpetce, żeby nie popękały po drodze.
Z Michałem dyskretnie poszliśmy do pani Zofii pomagać przenosić dynie. Kiedy wróciliśmy, obie kobiety siedziały na ganku, przykryte jednym kocem. Maria pokazywała coś na telefonie, a mama obracała w dłoni jasną muszelkę i co chwilę przykładała ją do ucha.
— Naprawdę szumi — powiedziała ze zdziwieniem, jakby znowu miała szesnaście lat.
— Heleno — Maria schowała telefon do kieszeni. — W Antalyi weszłam do wody po kolana, zupełnie jak kiedyś w Kołobrzegu. Stałam tam i myślałam, że Andrzej śpi na leżaku, a obok przydałaby mi się przyjaciółka. Może w przyszłym roku pojedziemy razem? Tylko my dwie. Mój mąż niech pilnuje działki, zresztą i tak nie przepada za słońcem.
Mama roześmiała się i machnęła ręką.
— Mario, gdzie ja tam pojadę. Przecież to kosztuje majątek. Pieniądze wyrzucone w błoto.
Wyjęłam z torby kopertę. Z Michałem włożyliśmy do niej to, co zostało z pieniędzy przeznaczonych na lodówkę, i trochę dołożyliśmy. Położyłam ją mamie na kolanach, na kocu.
— Wiem, mamo. Pieniądze wyrzucone w błoto. Ale tym razem niczego nie będziemy wykreślać.
W maju telefon zawibrował podczas zebrania w pracy. Zerknęłam na ekran i natychmiast wyszłam na korytarz, bo nie potrafiłam już powstrzymać uśmiechu.
Na zdjęciu mama stała po kolana w turkusowej wodzie, unosząc kwiecistą spódnicę. Na głowie miała tę samą chustę z palmami. Kilka metrów dalej Maria śmiała się na plaży, trzymając dwa kubeczki lodów.
Chwilę później przyszła wiadomość. Mama pisała dokładnie tak, jak mówiła — bez przecinków i bez kropek:
„Woda słona jak zalewa z moich ogórków ciepła Maria obiecała że jutro nauczy mnie nurkować nie martw się nie będę dzwonić bo drogo całuję”.
Jesienią, kiedy znów przyjechaliśmy po ziemniaki, obok słoików z domowymi przetworami znalazł się w bagażniku jeszcze jeden, malutki, po musztardzie. W środku leżały muszelki i odrobina piasku. Na wieczku mama starannym pismem napisała:
„Na morze. Byłam”.
Niebieskie pudełko ze słoniem stoi teraz na widoku, na kuchennej półce. Niedawno zajrzałam do środka i zobaczyłam nową kartkę w kratkę. Było na niej tylko jedno słowo zakończone wykrzyknikiem:
„Jeszcze raz!”
