Nie wytrzymał do końca pogrzebu i odszedł z cmentarza — wtedy podeszła do niego żebrząca dziewczynka i wyszeptała: „Pańska żona żyje. Tylko ta wiadomość nie przyniesie panu szczęścia. Proszę iść za mną…”

— Muszę wyjść — powiedział cicho do Katarzyny.

— Idź. Dokończymy bez ciebie.

Powoli ruszył w stronę bramy. Wszystko już się wydarzyło. Pożegnanie dobiegło końca. Teraz musiał wrócić do pustego mieszkania, do ciszy i życia, w którym nie było już Anny.

Przy wyjściu, na starej, łuszczącej się ławce, siedziała dziewczynka mniej więcej jedenastoletnia. Była bardzo chuda, a za duży, znoszony płaszcz wisiał na niej jak na wieszaku. Przy jej stopach stała metalowa puszka z kilkoma monetami.

— Proszę pana, może da pan na chleb? — poprosiła cicho.

Marek niemal bez namysłu sięgnął do kieszeni. Wyjął dwie ostatnie stuzłotowe banknoty i wrzucił je do puszki.

— Masz.

Dziewczynka spojrzała na niego z niedowierzaniem.

— To bardzo dużo…

— Weź — odpowiedział zmęczonym głosem i odwrócił się w stronę samochodu.

— Proszę pana!

Zatrzymał się i obejrzał.

Tym razem patrzyła na niego zupełnie inaczej — uważnie i poważnie, niemal jak dorosła osoba.

— Pańska żona żyje — powiedziała prawie szeptem. — Ale nie będzie pan z tego powodu szczęśliwy. Proszę za mną.

Marek znieruchomiał.

— Co takiego?

— Nie ma czasu na wyjaśnienia. Chodźmy.

Dziewczynka chwyciła puszkę i ruszyła szybkim krokiem w stronę leśnej ścieżki. Przez kilka sekund nie potrafił się poruszyć. Serce waliło mu w piersi tak mocno, jakby chciało ją rozerwać.

Żyje?

To słowo nie mieściło mu się w głowie.

W końcu ruszył za nią.

Dziewczynka szła pewnie, jak ktoś, kto zna tę drogę od dawna.

— Zaczekaj! — zawołał, kiedy zagłębili się między drzewa. — Możesz mi wreszcie powiedzieć, co się dzieje?

— Powiem. Ale nie tutaj. Ściany mają uszy.

Marek odruchowo rozejrzał się wokół. W lesie nie było nikogo.

— Są ludzie, którym bardzo zależy, żebyś nie poznał prawdy — dodała.

Skręcili w prawie niewidoczną ścieżkę.

— Jak masz na imię? — zapytał.

— Zosia.

— Skąd wiesz, kim jestem?

— Słyszałam na cmentarzu. Poza tym… przez trzy dni obserwowałam pańską żonę.

Marek zatrzymał się gwałtownie.

— Co znaczy, że ją obserwowałaś?

Dziewczynka również przystanęła i spojrzała mu prosto w twarz. W jej oczach kryło się coś ciężkiego, zdecydowanie zbyt dojrzałego jak na dziecko.

— Bo ona nie zginęła w wypadku. Ktoś chciał się jej pozbyć.

Nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Chwycił się brzozy, żeby nie upaść.

— Kto?

— Ci sami ludzie, którzy dzisiaj pochowali kłamstwo zamiast pańskiej żony — odparła spokojnie Zosia. — Chodź. Pokażę ci, gdzie ona jest.

Przez następne dziesięć minut szli w milczeniu. W głowie Marka wirowały urywki myśli: zamknięta trumna, nalegania Katarzyny, jej suche oczy i podejrzanie szybko załatwione formalności.

Wreszcie Zosia zatrzymała się przy przechylonej szopie stojącej obok głębokiego jaru.

— Tutaj.

Marek szarpnął za drzwi.

W środku unosił się zapach wilgotnej ziemi, pleśni i starego drewna. W kącie, na stercie brudnych koców, leżała kobieta. Miała wychudzoną twarz, potargane włosy i wygląd osoby, która od dawna walczy o przetrwanie. Ale jej oczy…

To były oczy Anny.

Uniósłszy głowę, zobaczyła męża i natychmiast się rozpłakała.

— Marku…

Zabrakło mu tchu. Rzucił się ku niej, uklęknął i przyciągnął ją do siebie. Była ciepła. Żywa.

— Jak… Jak to możliwe?

Anna mówiła z ogromnym trudem. Słowa rwały się i plątały, lecz z czasem cała historia zaczęła nabierać kształtu.

W Lublinie czekała na nią Katarzyna. Powiedziała, że pogrzeb dziadka już się odbył, i zaproponowała, żeby pojechały uczcić jego pamięć. Później ruszyły samochodem, rzekomo do domu. Po drodze Anna poczuła nagłe osłabienie, a przed oczami zrobiło jej się ciemno. Ocknęła się dopiero tutaj — związana i zamknięta w zimnej szopie.

— Katarzyna powiedziała, że jestem im przeszkodą — wyszeptała Anna drżącym głosem. — Dom zostanie sprzedany, a pieniądze podzielą między siebie. Nikt nie zacznie mnie szukać. Potem powiedziała, że ty już uwierzyłeś w moją śmierć… że wszystko jest skończone.

Marek poczuł, jak ogarnia go zimna, głucha wściekłość.

— Zosia mnie znalazła — ciągnęła Anna. — Przynosiła mi wodę i jedzenie. Gdyby nie ona, nie przeżyłabym.

Dziewczynka stała przy drzwiach i nerwowo skubała rękaw płaszcza.

— Mieszkam niedaleko — powiedziała cicho. — Widziałam, jak ją tutaj przywieźli. Najpierw myślałam, że źle zobaczyłam. Później usłyszałam o wypadku i już wiedziałam, że to nie mogło być przypadkowe.

— Dlaczego nie poszłaś na policję? — zapytał Marek.

Zosia uśmiechnęła się gorzko.

— Kto by mnie potraktował poważnie? Dla wszystkich jestem nikim.

W tej samej chwili z zewnątrz dobiegły głosy.

Dziewczynka natychmiast zesztywniała.

— Cicho.

Marek przysunął się do szczeliny w drzwiach i wyjrzał. Ścieżką w stronę szopy szli Katarzyna i Piotr. Za nimi podążało dwóch barczystych mężczyzn.

— To musi być gdzieś tutaj — powiedział Piotr. — Trzeba dokończyć sprawę i zatrzeć ślady.

Anna zacisnęła palce na rękawie męża.

— Jest stąd jakieś drugie wyjście? — szepnął Marek.

Zosia skinęła głową, pobiegła do przeciwległego kąta i odsunęła starą warstwę siana. Pod nią ukazał się wąski otwór.

— Tędy można przejść do jaru. Sama się tamtędy chowałam.