Przez cztery miesiące marzyliśmy z Piotrem o spokojnym urlopie we dwoje, lecz wtedy jego ciotka przyjechała z dwiema walizkami i uznała, że w naszym domu wszystko powinno działać według jej zasad

— Nawet rosołu nie ma? Czym wy się w ogóle żywicie?

Nawinęłam makaron na widelec.

— Makaronem.

Irena zrobiła sobie kanapkę.

Chleb.

Masło.

Ser.

Jadła ją z miną osoby, którą podczas wojny pozbawiono racji żywnościowych.

Na jej twarzy widziałam wyraźny komunikat: „Zapamiętam to. Później opowiem rodzinie, jak synowa głodziła mnie we własnym domu”.

Kiedy Piotr wreszcie wyszedł z łazienki, wypoczęty i zadowolony z życia, ciotka natychmiast zwróciła się do niego.

— Piotrusiu, łóżko w pokoju gościnnym jest okropne. Na takim materacu moje plecy długo nie wytrzymają. Może oddacie mi swoją sypialnię? Jesteście młodzi, możecie przez kilka nocy spać na kanapie.

Zakrzusiłam się wodą.

Piotr otworzył usta.

Po chwili je zamknął.

Spojrzał na mnie.

Bardzo powoli pokręciłam głową.

Zrobiłam to tak wyraźnie, że chyba nawet sąsiedzi za ścianą zrozumieliby, o co chodzi.

— Ciociu, mamy dobry materac nawierzchniowy. Najpierw spróbujmy go położyć na łóżku — zaproponował dyplomatycznie Piotr.

Irena zacisnęła usta.

Nie zaczęła jednak kłótni.

Pierwsza poważna bitwa zakończyła się remisem.

Wieczorem leżałam w łóżku i liczyłam.

Nie barany.

Uwagi ciotki Ireny.

W ciągu jednego dnia nazbierało się ich jedenaście.

Zasłony są wyblakłe.

Materac jest beznadziejny.

Nie ma rosołu.

Za długo chodzę w piżamie.

Na stole nie ma obrusa.

Na półce leży kurz.

Muzyka jest za głośna.

Kot to niehigieniczne zwierzę.

Kawa bez mleka szkodzi żołądkowi.

Domowe spodenki Piotra wyglądają niepoważnie.

I dlaczego właściwie w niedziele nie chodzimy do kościoła?

Jedenaście uwag.

W ciągu kilku godzin.

— Piotrze — powiedziałam cicho. — Jeżeli jutro będzie tak samo, przestanę milczeć.

Ciężko westchnął.

— Marto, ona jest już starszą osobą. Wytrzymaj jeszcze trochę.

Wytrzymaj.

Jak bardzo zmęczyło mnie to słowo.

Pojawiało się zawsze, gdy chodziło o jego rodzinę.

Wytrzymaj kuzyna podczas świąt.

Wytrzymaj ciotkę na działce.

Wytrzymaj niewygodę.

Wytrzymaj krytykę.

A kto kiedykolwiek zamierzał wytrzymywać mnie?

Drugiego dnia rano Irena wstała o siódmej.

O siódmej!

Podczas urlopu!

Zaczęła tłuc garnkami i czajnikiem tak, jakby w kuchni organizowała stołówkę dla całego pułku.

Kot ze strachu schował się pod łóżkiem.

Ja uparcie nie wychodziłam z sypialni.

Do kuchni pojawiłam się dopiero około dziewiątej.

Ciotka siedziała przy całkowicie pustym stole, z dłońmi złożonymi przed sobą.

Wyglądała jak generał, któremu od dwóch godzin nikt nie przekazał raportu.

— Marto, czekam na śniadanie już dwie godziny.

Tak właśnie powiedziała.

Czekała.

Nie na śniadanie przygotowane przez kogokolwiek.

Na śniadanie, które — jej zdaniem — powinnam była zrobić ja.

Spokojnie nalałam sobie kawy.

Wyjęłam z lodówki jogurt.

Wzięłam łyżkę i usiadłam naprzeciwko niej.

— Ciociu Ireno, jest pani dorosłą, samodzielną osobą. W lodówce są jajka, ser, masło, chleb i wędlina. Patelnia stoi w dolnej szafce. Mam urlop, więc nie będę gotować na zamówienie.

Jej brwi zaczęły powoli unosić się coraz wyżej.

Widok był tak wymowny, że z trudem powstrzymałam uśmiech.

— Odmawiasz mi jedzenia?

— Nie. Proponuję, żeby przygotowała pani sobie to, na co ma ochotę. W tym domu każdy robi to sam.

Gwałtownie odwróciła się w stronę korytarza.

— Piotr! Piotr!

Po chwili w drzwiach pojawił się zaspany mąż.

Włosy sterczały mu we wszystkie strony, a na twarzy miał niepokój.

— Co się stało?

— Twoja żona nie chce zrobić mi śniadania! Przyjechałam do was w gości, a ona każe mi samej stać przy kuchence i smażyć jajka!

Piotr spojrzał najpierw na nią, potem na mnie.

Ja spokojnie jadłam jogurt.

Łyżka.

Jogurt.

Łyżka.

Nie tłumaczyłam się.

Nie wdawałam się w dyskusję.

— Ciociu, Marta rzeczywiście ma urlop — powiedział w końcu. — Zrobię ci omlet.

I zrobił.

Irena zjadła go z miną człowieka, któremu razem z jajkami podano dowód na istnienie ludzkiej niesprawiedliwości.

Każdy kęs przeżywała jak osobistą tragedię.

Talerz jednak opróżniła do końca.

Po śniadaniu zadzwoniła do kogoś.

Nie zamierzałam podsłuchiwać, ale ściany w naszym mieszkaniu były cienkie, a ciotka Piotra — jak już wspominałam — nie należała do osób mówiących cicho.

— Bożeno, nawet sobie nie wyobrażasz! Synowa zupełnie się rozpuściła. Sama siedzi i pije kawę, a ja jestem głodna! Biedny Piotruś musi stać przy kuchence i gotować. Zrobiła z niego służącego!

Zamknęłam oczy.

„Biedny Piotruś”.

Czterdzieści lat.

Metr osiemdziesiąt pięć wzrostu.

Inżynier.

Kieruje zespołem dwunastu osób.

Biedny Piotruś.

Wróciłam do sypialni i otworzyłam książkę.

Kupiłam ten kryminał specjalnie na urlop. Miał sto dwadzieścia stron i, ku mojej ogromnej radości, ani jednego rozdziału o rodzinie męża.

Przed obiadem Irena przeszła do kolejnego etapu.

Postanowiła ugotować coś dla siebie.

Ale zwyczajne przygotowanie posiłku nie leżało w jej charakterze.

Garnki uderzały o blat, jakby ktoś montował w kuchni zestaw perkusyjny.

Szafki trzaskały.

Talerze lądowały na stole z siłą sugerującą osobistą obrazę.

Każda szuflada wysuwała się przy akompaniamencie głębokiego westchnienia.