— I dlatego przez dwadzieścia lat próbowałeś leczyć mnie fasolą?
Doktor Kowalski uśmiechnął się ledwie zauważalnie.
Piotr spuścił głowę.
— Wiem, jak niedorzecznie to brzmi. Wtedy strasznie się o ciebie bałem. Byłem przekonany, że mogę cię stracić. Na początku naprawdę sądziłem, że ci pomagam. Później przerodziło się to w nawyk. A kiedy pytałaś, dlaczego tak nalegam, wstydziłem się powiedzieć, że powód jest aż tak głupi.
Nie wiedziałam, czy mam się złościć, czy śmiać.
— A twoje „kiedyś wszystko zrozumiesz”?
Piotr bezradnie wzruszył ramionami.
— Mówiłem tak, bo nie miałem pojęcia, co innego odpowiedzieć.
Wtedy doktor Kowalski nie wytrzymał i cicho się roześmiał.
Następnie wyjaśnił, że mój ból brzucha nie miał żadnego związku z fasolową potrawką.
Wykryto u mnie dolegliwość, którą można było skutecznie leczyć. Potrzebne były jednak regularne wizyty, kontrola lekarza i rozsądnie ułożona dieta — nie domowe eksperymenty Piotra prowadzone przez dwadzieścia lat.
Dwa dni później wróciliśmy do domu.
Wieczorem Piotr zajrzał do kuchni.
Od razu pomyślałam, że znowu coś ugotował.
Tym razem na stole pojawił się jednak wielki talerz makaronu.
Potem wyjął z szafki dwie puszki fasoli i z przesadnie uroczystym gestem wrzucił je do kosza.
— Czyli kara trwająca dwadzieścia lat dobiegła końca? — zapytałam.
Uśmiechnął się.
— Jeśli jeszcze kiedykolwiek każę ci jeść fasolę, odeślij mnie z powrotem do szpitala.
Roześmiałam się.
I wtedy zrozumiałam coś ważnego.
Przez te wszystkie lata byłam pewna, że za dziwnym zachowaniem mojego męża kryje się ponura tajemnica.
Tajemnica rzeczywiście istniała.
Nie chodziło jednak o zdradę.
Ani o oszustwo.
Ani o żadne z tych potworności, które zdążyłam sobie wyobrazić, leżąc samotnie w szpitalnej sali.
Dwadzieścia lat wcześniej Piotr po prostu tak bardzo bał się o moje życie, że słowa lekarza zamienił w rodzinną zasadę.
Od tamtej pory mamy nową.
Piotr nie udziela mi już własnych porad medycznych.
A fasolowa potrawka pojawi się na naszym stole tylko wtedy, kiedy sama będę miała na nią ochotę.
