Teściowa oznajmiła, że również jedzie do sanatorium — lecz kiedy pociąg ruszył, zrozumiała, że synowa po raz pierwszy nie zamierza płacić za jej zachcianki

Iwona znała ten oddech.

Tak reagował, kiedy wiedział, że jego matka nie ma racji, ale jeszcze zastanawiał się, jak jej to powiedzieć.

Wreszcie odezwał się:

— Odpoczywaj.

— Co?

— Odpoczywaj spokojnie. Sam z nią porozmawiam.

— Andrzej, nie możesz się teraz denerwować.

— Nie mogę też bez końca udawać, że to normalne, iż moja matka uważa, że masz obowiązek ją utrzymywać.

Iwona zamknęła oczy.

Za oknem przesuwały się świerki.

Później pojawiła się polana.

A za nią znowu las.

— Dziękuję.

— Iwonko.

— Tak?

— Postąpiłaś właściwie.

Połączenie się zakończyło.

Przez kilka sekund Iwona nadal trzymała telefon przy uchu.

W końcu opuściła rękę.

Kuba zjadł już wafelek i przycisnął czoło do szyby.

Zosia wyjęła jedną słuchawkę.

— Tata?

— Tata.

— Nie zdenerwował się?

— Wszystko jest dobrze.

Zosia skinęła głową i ponownie włączyła muzykę.

Wieczorem przyszła wiadomość od Haliny.

Bardzo krótka.

I bez ani jednego wykrzyknika.

Jak na nią było to niemal niewiarygodne.

„Andrzej powiedział, żebym przeznaczyła te pieniądze na jego leczenie. Powiedział też, żebym więcej nie wtrącała się w wasze życie. Nie uważam, żeby to było sprawiedliwe”.

Iwona przeczytała wiadomość dwa razy.

Nie odpisała.

Każdy człowiek miał przecież własne rozumienie sprawiedliwości.

Halina uważała, że więzy rodzinne automatycznie dają jej prawo do dysponowania cudzymi pieniędzmi.

Wystarczyło powiedzieć:

„Ja też chcę”.

A ktoś inny z pewnością powinien znaleźć sposób, by za to zapłacić.

Tymczasem Iwona przez ostatnie osiem miesięcy pracowała nocami.

Jeździła z Andrzejem po szpitalach.

Opłacała rehabilitację.

Liczyła każdą złotówkę.

Kupowała dzieciom tylko to, co naprawdę potrzebne.

Oszczędzała na sobie.

A pragnęła jedynie spędzić dziesięć spokojnych dni nad jeziorem, razem z Zosią i Kubą.

Bez cudzych żądań.

Bez nieproszonych rad.

Bez ciągłego przypominania, że znowu jest komuś coś winna.

Pociąg kołysał się miarowo.

Kuba spał na górnej kuszetce, z ręką zwieszoną nad krawędzią.

Zosia zasnęła z książką na piersi.

Za oknem zapadła zupełna ciemność.

W szybie odbijało się wnętrze przedziału.

Przygaszona lampka.

Walizka stojąca przy drzwiach.

I trzy bilety ułożone równo w kieszeni na ścianie.

Trzy.

Nie cztery.

Iwona spojrzała na nie i po raz pierwszy nie poczuła wyrzutów sumienia.

Zgasiła światło.

Nazajutrz czekały na nich sosny.

Jezioro.

Plac zabaw.

Długie spacery.

Dziesięć dni, na które naprawdę zasłużyła.

A dwie walizki, z którymi Halina przyjechała na dworzec, pozostały dokładnie tam, gdzie tego dnia powinny pozostać.

Bo odmowa płacenia za cudze zachcianki nie zawsze jest okrucieństwem.

Czasami to po prostu granica, którą należało wyznaczyć już dawno.