— Masz rację.
Przycisnęła stos talerzy do piersi.
— Chcesz pomóc?
Mama zastanowiła się.
— Nie.
— Dobrze.
Katarzyna zaniosła naczynia do kuchni.
Następnego ranka zeszłam na dół i zobaczyłam jej kubek w zlewie.
Nic nie powiedziałam.
Mama również milczała.
W niedzielę, przed wyjazdem, Katarzyna odnalazła mamę na tarasie.
Zostałam niedaleko i nawet nie udawałam, że nie słyszę ich rozmowy.
Katarzyna popatrzyła na pelargonie.
— Przepraszam za te kwiaty.
Mama milczała.
— Nie miałam prawa prosić, żebyś je przestawiła. To twój dom.
— Nie miałaś — zgodziła się mama.
Katarzyna nie próbowała się bronić.
Nie szukała wymówek ani nie wygłaszała długiego przemówienia.
Jeszcze raz spojrzała na skrzynki.
— Są piękne.
Mama się uśmiechnęła.
— Wiem.
Michał pakował torby do samochodu, kiedy Katarzyna przechodziła obok kuchennego stołu i zauważyła tablicę.
Wcześniej starłam z niej wszystkie zapiski, żeby przy następnej wizycie stworzyć nową listę.
Teściowa wzięła marker.
Przez moment pomyślałam, że całkiem usunie tablicę.
Katarzyna napisała jednak: „Katarzyna — śniadanie w sobotę”.
Potem odłożyła marker.
Wychodząc, zatrzymała się przy leżaku, na którym spędziła niemal całe lato.
Z tego miejsca pelargonie rzeczywiście zasłaniały część jeziora.
Katarzyna spojrzała na kwiaty.
Później popatrzyła na wodę.
Nie poprosiła nikogo o ich przestawienie.
Po prostu wybrała inne krzesło.
Mama to zauważyła.
Ja również.
Kiedy nastawiałam budzik na piątą rano, chciałam pokazać teściowej, że w tym domu nikt nie ma obowiązku jej obsługiwać. To się udało. Jednak tamten weekend zmienił coś jeszcze.
Mama przestała traktować każdą wizytę gości jak egzamin, który musi zdać. Katarzyna zaczęła sprzątać po sobie, prosić zamiast rozkazywać i pomagać na tyle, by wreszcie dostrzec, ile pracy wcześniej wykonywano za jej plecami.
A ja zrozumiałam, że bronienie mamy nie zawsze oznacza mówienie w jej imieniu.
Czasami wystarczy dać jej przestrzeń, żeby sama powiedziała „nie”.
Pelargonie zostały tam, gdzie mama je posadziła.
