— Czy ty w ogóle rozumiesz, co robisz?
Piotr rzucił klucze na komodę tak gwałtownie, że odbiły się od blatu i spadły na podłogę.
Nawet nie drgnęłam.
Po dwunastu latach małżeństwa potrafiłam rozpoznać jego nastrój po samym dźwięku kluczy.
Kiedy odkładał je spokojnie, dzień zazwyczaj przebiegał bez problemów.
Kiedy nimi rzucał, oznaczało to jedno: za chwilę rozpęta się awantura.
Tego ranka niemal uderzyły w ścianę.
— Tobie również dzień dobry — odpowiedziałam, nie przerywając picia kawy.
— Katarzyna znowu spała w hostelu!
— Bardzo mi przykro.
— Naprawdę ci przykro?
Piotr wpadł do kuchni jak burza.
— Ona nie ma gdzie mieszkać!
— Ma trzydzieści trzy lata.
— I co z tego?
— W tym wieku człowiek zwykle potrafi sam zdecydować, gdzie spędzi noc.
Westchnął ciężko.
— A nasze mieszkanie stoi puste.
Odstawiłam filiżankę.
Wreszcie dotarliśmy do sedna.
— Nie nasze.
— Co powiedziałaś?
— To mieszkanie należy do mojej córki.
— Zofia mieszka w Krakowie!
— I?
— Przecież teraz w ogóle go nie potrzebuje!
— Dlatego postanowiłeś podarować je swojej siostrze?
— Niczego jej nie daję! Niech tylko pomieszka przez kilka miesięcy.
Roześmiałam się cicho.
— Znam już te „kilka miesięcy” w wykonaniu Katarzyny.
Kiedyś miała zatrzymać się u koleżanki na dwa miesiące. Została na cały rok.
Jej „chwilowy” pobyt u byłego męża trwał aż do dnia, w którym wymienił zamki.
Nawet własna matka poprosiła ją kiedyś, żeby się wyprowadziła, bo nie miała już siły spłacać jej długów.
A jednak Piotr za każdym razem powtarzał to samo:
— Katarzyna po prostu nie ma szczęścia.
Rzeczywiście, wyjątkowo pechowa z niej osoba.
Pracę traciła zawsze przez niesprawiedliwych przełożonych.
Z wynajmowanych mieszkań wyrzucali ją wyłącznie bezduszni właściciele.
Kolejne pożyczki pojawiały się jakby same.
A mężczyźni, jeden po drugim, okazywali się łajdakami.
Winni byli wszyscy.
Poza Katarzyną.
— Zofia sama zdecyduje, kogo wpuścić do swojego mieszkania — powiedziałam.
— Ty nią manipulujesz.
— Oczywiście. Wieczorami hipnotyzuję ją przez wideorozmowy.
— Przestań kpić!
Uderzył dłonią w stół.
Łyżeczka podskoczyła w spodeczku.
— Katarzyna jest moją siostrą!
— Świetnie. Wynajmij jej mieszkanie.
— Teraz wszystko jest bardzo drogie.
— Oddaj jej połowę swojej pensji.
— Mamy przecież własne wydatki.
— Sprzedaj samochód.
Spojrzał na mnie tak, jakbym zaproponowała mu dobrowolną amputację ręki.
— Oszalałaś?
— Samochód należy do ciebie.
— Jest mi potrzebny!
— A mieszkanie Zofii, jak rozumiem, nie jest potrzebne jej?
Zamilkł.
Uśmiechnęłam się pod nosem.
— Ciekawa zasada. Swojego majątku nie wolno ruszać, ale cudzym można rozporządzać bez pytania.
Piotr odwrócił się gwałtownie.
— Z tobą naprawdę nie da się żyć.
— Da się. Tylko coraz trudniej żyć moim kosztem.
Wyszedł z kuchni i zatrzasnął drzwi.
Dziesięć minut później zadzwoniła Zofia.
Na ekranie pojawiła się twarz mojej uśmiechniętej córki.
— Mamo, cześć!
— Cześć, kochanie.
— Wyglądasz na zmęczoną.
— Dzień zaczął się od rodzinnej dyskusji o nieruchomościach.
Od razu zrozumiała.
— Tata znowu mówi o cioci Katarzynie?
— Dokładnie.
Zofia przewróciła oczami.
— Przecież już powiedziałam: nie ma mowy.
— Piotr twierdzi, że to ja nastawiam cię przeciwko niej.
— Jasne. Mam dwadzieścia dziewięć lat, ale bez mamy nie potrafię zdecydować, kto może wejść do mojego mieszkania.
Obie wybuchnęłyśmy śmiechem.
— Mamo, mówię poważnie. Nikogo tam nie wpuszczaj.
— Nie zamierzam.
— Katarzyna ma długi.
— Wiem.
— Komornika również.
— Wiem.
— Jeśli się tam zamelduje, później zacznie się niekończący koszmar.
Pokiwałam głową.
— Rozumiem wszystko.
Wtedy w drzwiach kuchni pojawił się Piotr.
Kiedy zobaczył telefon, natychmiast się ożywił.
— To Zofia?
— Tak.
— Daj mi z nią porozmawiać.
Spojrzałam na córkę.
— Chcesz?
— Oczywiście. Jestem ciekawa, co wymyślił.
Podałam mu telefon.
Jego głos od razu stał się przesadnie ciepły.
— Zosiu, cześć! Jak ci się żyje w Krakowie?
— Dobrze.
— Słuchaj, mamy tu pewien rodzinny problem…
— Już wiem.
Uśmiech zniknął z jego twarzy.
— Katarzyna naprawdę nie ma gdzie mieszkać.
— Niech wynajmie pokój.
— To kosztuje.
— Niech znajdzie pracę.
— Ona pracuje!
— Tym bardziej powinna sobie poradzić.
Piotr zmarszczył brwi.
— Zosiu, chodzi tylko o kilka miesięcy.
— Nie.
— Dlaczego jesteś taka bezwzględna?
— Bo to moje mieszkanie.
— Ale stoi puste!
— Niech stoi.
— Rodzina powinna sobie pomagać.
Zofia przez chwilę milczała.
— Tato, a dlaczego ty jej nie pomożesz?
Piotr wyraźnie się speszył.
— Co masz na myśli?
— Wynajmij jej mieszkanie.
— Ja teraz mam swoje zobowiązania…
— Sprzedaj samochód.
Odwróciłam się do okna, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
— Wy obie się zmówiłyście?
— Nie. To po prostu najbardziej oczywiste rozwiązanie — odpowiedziała spokojnie Zofia. — Bardzo łatwo decydujesz o czymś, co nie należy do ciebie.
Twarz Piotra stężała.
— Nosiłem cię na rękach, kiedy byłaś mała!
— I jestem ci za to wdzięczna.
— W takim razie pomóż rodzinie.
— Wdzięczności nie spłaca się metrami kwadratowymi.
Piotr oddał mi telefon.
— Cała matka.
