— Piotr, co ja mam z nimi zrobić? Jesteś moim bratem czy nie? — głos Katarzyny był tak donośny, że Magdalena słyszała każde słowo, choć stała w kuchni.
Była ósma rano w sobotę.
Za oknem siąpił deszcz, ekspres do kawy cicho mruczał, a na patelni dochodziły racuchy z twarogiem. Magdalena marzyła tylko o spokojnym śniadaniu z mężem i o tym, żeby chociaż pół dnia przeżyć bez pracy, telefonów i cudzych problemów.
Od trzech tygodni niemal nie odrywała się od laptopa.
Wreszcie nadszedł wolny dzień.
Piotr stał przy oknie z telefonem przy uchu. Wyraz jego twarzy zdradzał, jakiej odpowiedzi zamierza udzielić siostrze.
— Dobrze, Kasiu. Przywieź ich.
Magdalena powoli odłożyła łopatkę.
Piotr zakończył rozmowę.
— Tylko nie zaczynaj — poprosił z góry.
— Jeszcze nic nie powiedziałam.
— Wszystko widzę po twojej minie.
— Na jak długo tym razem?
— Na jakieś dwie godziny.
Magdalena uśmiechnęła się bez radości.
— Tak jak w zeszłą sobotę?
— Magda…
— Albo jak dwa tygodnie temu, kiedy te „dwie godziny” zrobiły się z tego ośmioma?
Piotr ciężko westchnął.
— Jej samej jest trudno. Po rozwodzie wszystko spadło na nią.
— Wiem.
— To dobrze.
— Nie, Piotr. Nie zrozumiałeś. Wiem, że jej ciężko. Ale dlaczego za każdym razem, gdy jej robi się trudno, moje życie też musi stawać na głowie?
Mąż zmarszczył brwi.
— Przecież chodzi o dzieci.
— Wiem, że o dzieci.
— O moich siostrzeńców.
— To też wiem.
— Więc w czym problem?
Magdalena spojrzała na niego i nie odpowiedziała.
Właśnie to zdanie — „w czym problem?” — irytowało ją najbardziej.
Bo Piotr naprawdę prawie żadnego problemu nie zauważał.
Kiedy przyjeżdżali siedmioletni Kuba i pięcioletni Jaś, przez pierwszych dwadzieścia minut ich wujek był najlepszym dorosłym na świecie. Bawił się z chłopcami, pozwalał im jeździć na plecach i włączał ulubione bajki.
Potem jednak zawsze musiał „tylko na chwilę” sprawdzić służbową pocztę, odpisać na wiadomości albo położyć się, bo nagle bolała go głowa.
I z jakiegoś powodu po godzinie Magdalena znajdowała się w kuchni pośród brudnych talerzy, rozlanego soku oraz dwóch kłócących się chłopców.
Dzwonek odezwał się po czterdziestu minutach.
Na progu stała Katarzyna w jasnym płaszczu, z perfekcyjnie ułożonymi włosami i równą kreską na powiekach. Wyglądała tak, jakby wybierała się na spotkanie z przyjaciółkami, a nie załatwiać pilne sprawy.
— Jesteście cudowni! Naprawdę mnie ratujecie!
Wcisnęła Magdalenie plecak.
— Są tam przekąski, ubrania na zmianę i chusteczki. Jaś może chcieć się zdrzemnąć. Kuba wie, gdzie włączyć bajki.
— Kasiu, o której wrócisz?
— Najpóźniej przed obiadem!
— Przed którym dokładnie?
Katarzyna już naciskała przycisk windy.
— Zadzwonię!
Drzwi się zamknęły.
Magdalena popatrzyła na Piotra.
— Przed obiadem.
— No widzisz.
— Na razie niczego nie widzę.
W południe Katarzyny nadal nie było.
O trzynastej nie odebrała telefonu.
O czternastej przysłała wiadomość:
„Trochę się spóźnię. Przecież jesteście w domu”.
Magdalena przez dłuższą chwilę patrzyła na ostatnie zdanie.
Przecież jesteście w domu.
Jakby sam fakt przebywania w mieszkaniu oznaczał, że ich czas automatycznie należy do innych.
O piętnastej Kuba zdołał przewrócić wielką donicę z draceną, Jaś rozpłakał się z powodu zepsutego samochodziku, a Piotr zniknął w sypialni, tłumacząc, że rozbolała go głowa.
— Piotr!
— Co?
— Chodź tutaj.
— Już idę.
— Nie „już”. Teraz.
Wyszedł dopiero po dziesięciu minutach.
— Dlaczego tak się denerwujesz?
Magdalena stała na środku pokoju z miotłą w dłoni.
Na podłodze leżała ziemia.
Na kanapie walały się okruszki.
Jaś zanosił się płaczem, a Kuba przekonywał wszystkich, że kwiat przewrócił się sam.
— Denerwuję się, bo to twoja siostra poprosiła cię o pomoc.
— Jesteśmy rodziną.
— To bardzo wygodne słowo. Zwłaszcza kiedy tylko jedna osoba sprząta po tej rodzinie.
Piotr zamilkł.
Katarzyna przyjechała dopiero po dwudziestej drugiej.
Weszła roześmiana, pachnąca drogimi perfumami.
— Jestem okropną matką! Wybaczcie mi!
— Gdzie byłaś? — zapytała Magdalena.
— Musiałam coś załatwić.
— Co takiego?
Katarzyna zawahała się zaledwie na moment.
— Różne rzeczy.
Piotr natychmiast wkroczył między nie.
— Najważniejsze, że wszystko jest w porządku. Zabierz chłopców, są już zmęczeni.
Magdalena spojrzała na męża.
Zawsze wyglądało to tak samo.
Żadnych niewygodnych pytań.
Żadnych zasad.
Żadnych konsekwencji.
Pięć minut później Katarzyna wyszła z dziećmi, a Magdalena jeszcze przez niemal godzinę zbierała zabawki, usuwała plamę z dywanu i wyciągała ziemię spod szafki.
— Zostaw — wymamrotał sennie Piotr. — Jutro posprzątamy.
Magdalena wyprostowała się.
— Kto posprząta?
Piotr nie odpowiedział.
Kolejna sytuacja wydarzyła się w środę.
Magdalena pracowała jako projektantka graficzna. Przygotowywała ważną kampanię dla sieci prywatnych przychodni i tego dnia miała przedstawić klientowi ostateczną koncepcję.
O ósmej piętnaście zadzwoniła Katarzyna.
Nie do Piotra.
Od razu do Magdaleny.
— Magda, ratuj. Muszę pilnie iść do dentysty.
— Dzisiaj nie mogę.
— Dlaczego?
— Pracuję.
