Lata.
Dwanaście lat małżeństwa.
Na początku Piotr rzeczywiście zarabiał więcej.
Anna była wtedy na urlopie macierzyńskim, a później przez długi czas szukała normalnej pracy.
To on płacił za mieszkanie.
To on robił większość zakupów.
Kilka razy pomógł nawet jej matce.
Anna pamiętała o tym wszystkim.
I chyba właśnie dlatego tak długo nie zauważała, że ich role dawno się odwróciły.
Jej pensja rosła.
Jego najpierw stanęła w miejscu, potem zaczęła pojawiać się nieregularnie.
Piotr odszedł z warsztatu.
Później założył z kolegą małą firmę.
Firma szybko upadła.
Potem były dorywcze zlecenia.
„Jeden projekt”.
„Duże zamówienie”.
„Klient zaraz przeleje”.
„W przyszłym tygodniu na pewno zapłacą”.
A mieszkanie, rachunki i codzienne zakupy coraz wyraźniej przechodziły na Annę.
Najpierw miało to potrwać tylko chwilę.
Potem stało się normą.
A Piotr, w jakiś niezwykły sposób, nadal zachowywał się tak, jakby to on utrzymywał całą rodzinę.
Rano, kiedy Anna malowała się w przedpokoju, usłyszała za plecami:
— I kup wieczorem papierosy.
Zamknęła tusz do rzęs.
— Nie.
— Co znaczy „nie”?
— Nie kupię.
— Szkoda ci kilku złotych?
— Nie.
— To o co chodzi?
— Chcę zobaczyć, co się stanie, kiedy dorosły mężczyzna sam kupi sobie papierosy.
Piotr prychnął.
— Zaczyna się.
— Jeszcze się nie zaczęło.
Anna wyszła z domu.
Czterdzieści minut później zobaczyła męża w sklepie niedaleko bloku.
Chciała kupić kawę do biura i rozpoznała jego kurtkę, zanim zdążył ją zauważyć.
Piotr stał przy kasie i rozmawiał ze sprzedawczynią, Katarzyną.
Mówił cicho.
Prawie błagalnie.
Z Anną nie rozmawiał w ten sposób od wielu lat.
— Kasiu, do piątku na pewno ureguluję.
— Panie Piotrze, w ubiegły piątek mówił pan dokładnie to samo.
— Nie zaczynaj, proszę.
— Ja niczego nie zaczynam. Ma pan już dwa tysiące trzysta złotych długu.
Anna zatrzymała się za regałem.
— Skąd aż tyle?
— Papierosy, kawa, pierogi, napoje energetyczne…
— Jeden napój energetyczny był.
— Cztery.
— Niemożliwe.
— Mogę pokazać zeszyt.
Katarzyna wyjęła spod lady gruby szkolny zeszyt.
Piotr skrzywił się.
— Nie przy ludziach.
— A co mam zrobić? Pokrywać to z własnej kieszeni?
Mężczyzna sięgnął do portfela.
Wyciągnął banknot pięćdziesięciozłotowy.
Potem dołożył jeszcze dwadzieścia.
Przeliczył pieniądze, po czym schował dwadzieścia z powrotem.
— Na razie pięćdziesiąt.
— Dobrze.
Wtedy Katarzyna dostrzegła Annę.
— O, pani Anno…
Piotr odwrócił się.
Ich spojrzenia spotkały się na krótką, bolesną chwilę.
Anna nic nie powiedziała. Położyła tylko kawę na ladzie.
Piotr wyszedł za nią na ulicę.
— Aniu, zaczekaj.
Szła dalej.
— Anna!
Odwróciła się.
— Czego chcesz?
— Źle to zrozumiałaś.
— Jak można źle zrozumieć dług w sklepie?
— Miałem zamiar go spłacić.
— Oczywiście.
— Co ma znaczyć „oczywiście”?
— Wszystko u ciebie jest później. Pieniądze później. Praca później. Rozmowa później.
— Nie zaczynaj.
Anna roześmiała się z niedowierzaniem.
— Mówisz poważnie?
— O co ci chodzi?
— Wczoraj zrobiłeś mi awanturę o bluzkę. A dzisiaj dowiaduję się, że bierzesz na kredyt papierosy.
— To zupełnie co innego.
— Naturalnie. Bluzkę kupiłam za swoje pieniądze. Papierosy kupujesz za pieniądze, których nie masz.
Piotr poczerwieniał.
— Chcesz mnie upokorzyć?
Anna zamilkła.
Właśnie padło najważniejsze słowo.
Upokorzyć.
Dla niego upokorzeniem nie było życie na jej koszt.
Nie było upokarzające oskarżanie jej o każdą rzecz, którą kupiła.
Nie było nim sprawdzanie jej toreb.
Upokorzeniem okazywało się dopiero przyznanie, że ma problemy.
— Wiesz, Piotr — powiedziała cicho — wczoraj nie wstydziłeś się pustej lodówki. Wstydziłeś się tego, że nie masz pieniędzy.
Odwrócił głowę.
— Zamiast powiedzieć: „Anno, mam kłopoty, pomóż mi”, postanowiłeś zrobić winną ze mnie.
— Niczego nie rozumiesz.
— Być może.
Cofnęła się o krok.
— Dlatego wieczorem porozmawiamy za pomocą liczb. Z nimi łatwiej się nie kłócić.
W pracy Anna otworzyła aplikację bankową.
Potem arkusz kalkulacyjny.
Po raz pierwszy od kilku lat wypisała wszystkie wydatki.
Rata kredytu.
Czynsz i rachunki.
Internet.
Ubezpieczenie.
Paliwo.
Jedzenie.
Leki.
Naprawa pralki.
Raty za lodówkę.
Prezenty dla jego matki.
Nawet mandat Piotra za parkowanie, który zapłaciła wiosną.
Suma sprawiła, że sama na chwilę znieruchomiała.
Przez ostatnie sześć miesięcy Piotr wpłacił do wspólnego budżetu mniej, niż ona zapłaciła za sam kredyt hipoteczny w ciągu dwóch miesięcy.
Wieczorem siedział przed telewizorem.
Anna weszła do kuchni, postawiła zakupy na blacie i wyjęła teczkę.
Piotr od razu się zaniepokoił.
— Co to jest?
— Nasza rozmowa.
— Znowu?
— Ostatnia w dotychczasowej formie.
Rozłożyła kartki na stole.
— Kredyt hipoteczny: cztery tysiące sto złotych.
— Aniu…
— Czynsz i media: siedemset osiemdziesiąt.
— Nie musisz…
— Internet i telefony: trzysta dwadzieścia.
— Schowaj to.
— Ubezpieczenie samochodu: dziewięćset czterdzieści.
— Powiedziałem, schowaj!
Anna wyjęła paragon.
— A tutaj jest moja bluzka. Trzysta dziesięć złotych.
Piotr zerwał się z krzesła.
— Kpisz sobie ze mnie?
— Nie. Porównuję wydatki.
— Nie będę ci się tłumaczył!
