— No… może rzeczywiście wtedy źle się poczuła. Może po prostu nie sformułowałem tego najlepiej.
— Wysłałeś mi trzy wiadomości, Maksym. Pierwsza była rozkazem. Druga oskarżeniem. Trzecia stała się już groźbą, że wszystkim opowiesz, jak zostawiłam chorą teściową.
Wyjęła telefon i obróciła ekran w jego stronę.
— Są tutaj. Wszystkie trzy. Z datami i godzinami. Aneta może potwierdzić, że twoja matka była zupełnie zdrowa.
Maksym milczał dłużej, niż się spodziewała.
W końcu usiadł na pufie w przedpokoju, prosto na jej szaliku.
Najwyraźniej trudno było mu jednocześnie stać i wymyślać usprawiedliwienie.
— I co teraz? — zapytał w końcu znacznie ciszej.
— Teraz powiem ci to, co powinnam była powiedzieć już pięć lat temu.
Maksym podniósł wzrok.
— Jeśli jeszcze raz spróbujesz zmusić mnie do powrotu, kłamiąc o czyimś zdrowiu, nie będę milczeć. Pokażę te wiadomości twojej matce. Osobiście. I opowiem jej, w jaki sposób posłużyłeś się jej imieniem.
— Marta, to już przesada.
Pokręciła głową.
— Nie. Przesadą jest wymyślenie choroby własnej matki tylko po to, żeby żona przedwcześnie wróciła z jedynego urlopu, jaki miała przez pięć lat.
Mocniej zacisnęła dłoń na rączce walizki.
— Jeżeli przeszkadza ci, że gdzieś wyjeżdżam sama, powiedz to wprost. Następnym razem po prostu ze mną porozmawiaj. Mam do ciebie na tyle szacunku, żeby wysłuchać szczerych słów. Ale na kłamstwa więcej się nie zgodzę.
Minęła go i weszła do pokoju.
Za jej plecami zapadła cisza.
Po raz pierwszy podczas całej rozmowy Maksym nie potrafił znaleźć odpowiedzi.
Wieczorem Marta rozpakowywała walizkę.
Oscypek od pani Heleny włożyła do lodówki.
Sweter pachnący dymem z karczmy powiesiła na oparciu krzesła, żeby trochę wywietrzał.
Buty trekkingowe, z zaschniętą górską ziemią na podeszwach, wyniosła na balkon.
Nie umyła ich od razu.
Niech jeszcze postoją.
Niech przypominają jej, że następny wyjazd na pewno się odbędzie.
Nie dlatego, że ktoś jej pozwoli.
Nie dlatego, że ktoś go zaakceptuje.
Tylko dlatego, że ona sama tak zdecyduje.
Późnym wieczorem zadzwonił telefon.
Na ekranie pojawiło się imię Zofii.
Marta odebrała.
— Martusiu, już wróciłaś? — zapytała teściowa swoim energicznym głosem. — Przyjdźcie z Maksem w niedzielę. Otworzę leczo. W tym roku wyszło wspaniale, jeszcze nigdy nie zrobiłam tak dobrego. I opowiesz mi o górach. Ja nie byłam tam chyba od czterdziestu lat.
Marta mimowolnie się uśmiechnęła.
— Przyjdziemy, mamo. I oczywiście wszystko ci opowiem.
