Wieczorem Anna mimo wszystko postanowiła porozmawiać z mężem. Kiedy zostali sami, podeszła do Piotra i powiedziała: — Chcę zrozumieć, dlaczego mamy mieszkać tutaj. Dlaczego nie możemy żyć osobno? Przez chwilę milczał, potem ciężko westchnął. — Ty nie rozumiesz, mama… Ona tyle dla mnie zrobiła. Po śmierci ojca zostaliśmy tylko we dwoje. Opiekowała się mną, wychowała mnie. Nie mogę tak po prostu odejść i jej zostawić. — Ale jesteś dorosły. Teraz my mamy swoją rodzinę. — Wszystko jej zawdzięczam — przerwał ostro. Jego spojrzenie nagle stwardniało tak bardzo, że Anna zamilkła. Po raz pierwszy zobaczyła w nim nie tylko zmęczenie, lecz także coś, co boleśnie przypominało strach.
Kiedy nadeszła druga noc, Anna nie potrafiła już udawać, że niczego nie słyszy. Jęki rozległy się znowu dokładnie o północy. Przez jej ciało przebiegł dreszcz. W środku ścierały się przerażenie i decyzja, że musi wiedzieć. Wstała i wyszła na korytarz. Drzwi do pokoju pani Krystyny były lekko uchylone, a ze środka sączyło się blade światło. Tym razem Anna odważyła się zajrzeć. I w tej samej sekundzie.
…W tej samej sekundzie Anna zobaczyła coś, od czego krew zastygła jej w żyłach.
W półmroku pokoju, rozjaśnionym jedynie słabym światłem nocnej lampki, pani Krystyna siedziała w starym fotelu — ale nie była już tą chłodną, idealnie opanowaną kobietą, którą Anna znała od dnia ślubu. Jej twarz była wykrzywiona, oczy zamknięte, a usta poruszały się bez dźwięku, jakby mówiła do kogoś niewidzialnego. Najstraszniejsze były jednak jej dłonie: wykonywały dziwny, rytmiczny taniec, kreśląc w powietrzu niezrozumiałe znaki, jakby tkały niewidzialną pajęczynę.
Anna chciała się cofnąć, ale nogi jakby wrosły jej w podłogę. Właśnie wtedy pani Krystyna gwałtownie otworzyła oczy — i Anna poczuła lodowaty chłód: nie było w nich ani białek, ani źrenic, tylko gęsta, migocząca ciemność.
— Nie powinnaś była tego widzieć — zaszeleścił głos, choć usta pani Krystyny nawet nie drgnęły. Dźwięk dochodził jakby ze wszystkich stron naraz, wypełniał pokój i wciskał się prosto do umysłu.
Anna wreszcie zdołała się poruszyć — rzuciła się do ucieczki, ale drzwi jej sypialni okazały się zamknięte. Za plecami usłyszała cichy, lodowaty śmiech.
— Teraz już wiesz — szeptał głos. — Teraz należysz do tego domu.
Ogarnięta paniką Anna błądziła po korytarzu, próbując znaleźć jakiekolwiek schronienie. Nagle dostrzegła, że obrazy wiszące na ścianach… poruszają się. Twarze na portretach odwracały się za nią, a ich oczy jarzyły się w ciemności. Stary zegar wybił trzy uderzenia, choć naprawdę była dopiero północ.
W końcu dobiegła do pokoju Piotra i wpadła do środka, zatrzaskując drzwi, po czym oparła się o nie plecami. Mąż spał tak głęboko, jakby wokół nie działo się absolutnie nic. Anna potrząsała nim, wołała go, prawie krzyczała, ale nie mógł się obudzić.
— Piotr! Obudź się! Twoja matka… ona…
Powoli otworzył oczy, a Anna zastygła: w jego spojrzeniu też przemknęło coś obcego, ciemnego.
— Wszystko źle zrozumiałaś — powiedział nie swoim, głuchym głosem. — To jest nasz dom. Nasze zasady. Nasza rodzina.
W tej samej chwili drzwi za jej plecami uchyliły się ze skrzypnięciem. Anna odwróciła głowę i zobaczyła w progu sylwetkę pani Krystyny. Jej ręce nadal wykonywały ten sam osobliwy taniec, a usta rozciągały się w uśmiechu zbyt szerokim, by mógł należeć do ludzkiej twarzy.
— Witaj w naszej rodzinie — zaszeleścił głos, a pokój utonął w ciemności.
Następnego ranka Anna siedziała przy stole i powoli piła kawę. Pani Krystyna, jak zawsze nieskazitelna, zapytała:
— Dobrze spałaś, kochanie?
Anna uśmiechnęła się w odpowiedzi — dokładnie tak samo, jak zwykle uśmiechała się pani Krystyna.
— Wspaniale — odparła, a jej oczy na krótką chwilę pociemniały. — Teraz wreszcie wszystko rozumiem.