Wieczór dla mamy miał być tylko ciepłym świętem pełnym spokoju i wzruszeń, ale stał się dniem, po którym syn zrozumiał zbyt późno, ile kosztuje pogarda wobec matczynej miłości

Ty tam w Moskwie żyjesz między wilkami, pieniądze mi przysyłasz, a ja ich nie ruszam, tylko odkładam dla ciebie. Może przyjdzie bieda albo stracisz pracę. Żebyś miał do czego wrócić.

Tu jest trzysta tysięcy, trochę dołożyłam z dodatkowych robót. Kup sobie porządny garnitur, żeby przed ważnymi ludźmi nie było ci wstyd. Albo wydaj na coś potrzebnego.

Bardzo cię kocham. Nigdy o tym nie zapominaj. Twoja mama.”

Sława rozpłakał się bezsilnie. Przypomniał sobie wczorajszy wieczór w restauracji — sam rachunek za kolację wyniósł dwieście czterdzieści tysięcy…

Niedawno w sklepie żona uprosiła u niego biżuterię za niemal pół miliona.

A mama, w deszczu i na mrozie, chodziła przy cielętach i pracowała za grosze, żeby dołożyć do pudełka jeszcze jedną setkę.

Żona weszła do domu, a on nawet tego nie zauważył. Nagle Olesia przestała dla niego cokolwiek znaczyć.

— Sława, co tu się dzieje?! — skrzywiła się, zasłaniając nos chusteczką. — Czemu nie odbierasz? Za trzy godziny masz spotkanie! To ważna transakcja!

Sława powoli podniósł na nią oczy.

— Olesia, mamy już nie ma.

— Wiem. Wczoraj słyszałam. Tutejsi już zdążyli wszystko rozgadać. I co z tego? To aż taka tragedia? Biznes to biznes.

Wzruszyła ramionami, jakby mówiła o kimś obcym.

— Z jednej strony nawet dobrze, że odeszła teraz. Nie trzeba będzie jej namawiać do sprzedaży domu. Problem sam się rozwiązał.

Podeszła bliżej i rozkazała zwyczajnym, chłodnym tonem:

— Kończ tu i jedziemy do miasta. Przez ciebie trzeba będzie przełożyć spotkanie, a i tak już się spóźniamy.

Olesia mówiła dalej, coś wyrzucała z siebie z irytacją, ale Sława już jej nie słuchał.

— Wynoś się — powiedział cicho.

— Co? — zmarszczyła brwi. — Teraz naprawdę nie czas na teatr!

— Wynoś się z tego domu! — ryknął tak, że zatrzęsły się szyby. — Idź do swoich ministrów! I zniknij mi z oczu!

Jego głos był tak obcy i tak twardy, że aż zbladła.

— Jeszcze raz cię zobaczę, to cię zniszczę!

Olesia pobielała jak ściana, a jej wargi zaczęły drżeć.

— Ty oszalałeś? Ty… ty jesteś nikim! Nędzarzem! Załatwię, że wyrzucą cię z firmy! Mój ojciec ma takie układy, że nawet nie wiesz!

— Uznaj, że już sam odszedłem — odpowiedział. — W chwili, kiedy wszedłem do tego domu. A teraz nie zatrzymuj się tu ani minuty dłużej.

Kiedy wyszła, Sława osunął się na kolana, przycisnął niebieską sukienkę do twarzy i pierwszy raz od wielu lat rozpłakał się jak dziecko.

Następnego dnia był pogrzeb. Sława razem z ludźmi ze wsi niósł trumnę. Bez marynarki, w czarnej koszuli, szedł ze spuszczoną głową.

Sąsiedzi już nie spluwali za nim. Po pożegnaniu podjechał ten sam biznesmen.

— Wiaczesławie Siergiejewiczu, po co te sceny? — wyszedł z samochodu, ostrożnie omijając kałuże. — Jesteśmy cywilizowanymi ludźmi. Działka jest warta pięć milionów. Ja daję dziesięć. Za taki dom nikt więcej nie zapłaci. Przecież pan sam to rozumie.

Sława zrobił krok naprzód. W ręce trzymał siekierę — chwilę wcześniej naprawiał płot.

— Posłuchaj — powiedział spokojnie. — Ta ziemia nie jest na sprzedaż. I ludzi zbiorę, nikt stąd nie wyjedzie.

Biznesmen zmrużył oczy.

— Sława, prosisz się o kłopoty. Wiesz, czyje to są pieniądze?

— Ty martw się o siebie — Sława podszedł bliżej. — Na ciebie już dawno leżą papiery. Jeśli twoje bydlaki tu wejdą, dokumenty od razu trafią do prokuratury i skarbówki. Chcesz sprawdzić, czy żartuję?

Biznesmen splunął, wsiadł do auta i zatrzasnął drzwi.

— Jesteś nienormalny! Sam kopiesz sobie grób!

Sława tylko krzywo się uśmiechnął.

Po roku w miejscu planowanego magazynu rosły jabłonie. Sława sprzedał mieszkanie, sprzedał swój udział w firmie, we wsi zbudował szkołę i wyremontował fermę.

Wieczorami siadał na ganku własnego domu. Podłogi mył sam. Blaszane pudełko stało w widocznym miejscu, a w środku zamiast pieniędzy były już podziękowania i dziecięce rysunki.

Ciotka Zina często wpadała z gorącymi pierogami.

— No i co, prawniku? Znów siedzisz nad papierami? Chociaż coś zjedz.

Sława brał pieróg, wdychał zapach kapusty i uśmiechał się cicho.

— Wie pani, ciociu Zino, dopiero teraz zrozumiałem…

— Co takiego?

— Że nie ma na świecie nic droższego niż mama. Strasznie żałuję, że zamieniłem jej ciepło na stołeczne sprawy i pieniądze.

Spojrzał gdzieś daleko, na sad i na drogę prowadzącą przez wieś.

— Wszyscy rwą się do miasta, tylko po co? Tu jest spokój, przyroda, dobrzy ludzie. Pani mnie jeszcze codziennie dokarmia, troski mi nie brakuje.

Na chwilę zamilkł, a potem dodał ciszej:

— Mama za życia wielu rzeczy nie zdążyła mi powiedzieć. Teraz chodzę do niej każdego dnia i z nią rozmawiam.

Ciotka Zina westchnęła i pogłaskała go po głowie.

— Najważniejsze, że zrozumiałeś, synku. Dla matek zawsze jesteście dziećmi, nieważne ile macie lat.

Uśmiechnęła się przez łzy.

— Jestem pewna, że twoja mama się nie gniewa. I że jest z ciebie dumna. Wychowała porządnego syna.