„Wprowadzam się do was!” – rzuciła teściowa z rozbawieniem, a potem bez cienia wstydu wyrzuciła ciężarną synową z pokoju, żeby zrobić miejsce dla własnego „szczęścia”

Ale prawdziwy cios spadł nagle.

Pewnego ciepłego majowego wieczoru Alona wróciła od lekarza, gdzie potwierdzono, że z ciążą wszystko jest dobrze. Kiedy weszła do mieszkania, na kuchni zobaczyła obcego mężczyznę, około sześćdziesiątki. Siedział rozparty na krześle, pił herbatę z ich kubka i uśmiechał się tak swobodnie, jakby mieszkał tu od lat. Raisa Nikołajewna przedstawiła go z dumą jako „bardzo bliskiego przyjaciela”.

– Ja też jestem kobietą! – oznajmiła z podniesioną głową. – Mam prawo do własnego życia.

Alona nic nie odpowiedziała. Pomyślała tylko, że w tym małym mieszkaniu już we troje było ciasno, a co dopiero, gdy zrobi się ich czworo. Następnego dnia Raisa Nikołajewna przestała mówić ogólnikami i przeszła do konkretów.

– Alona, zwolnij pokój – powiedziała spokojnie, ale twardo, z hałasem odstawiając filiżankę na stół. – Walentin Pietrowicz wprowadza się do mnie. Jesteśmy dorośli, chcemy jeszcze ułożyć sobie życie.

Alona siedziała skulona, prawie bez tchu.

– Dokąd mam pójść? – zapytała cicho, walcząc z łzami, żeby nie rozpłakać się przy teściowej.

– A nad czym tu się zastanawiać? – Raisa Nikołajewna rozłożyła ręce. – Jesteś młoda, zdrowa. Wynajmiesz coś sobie. Nie jesteś żadną księżniczką! Dima zarabia, pracuje na wyjazdach, więc sobie poradzicie.

Alona uchyliła usta, chciała coś powiedzieć, ale teściowa już sięgała po telefon.

– Zaraz zadzwonię do Dimy. On ci wytłumaczy, skoro sama nie rozumiesz, co się dzieje.

Dmitrij odebrał od razu. W jego głosie było słychać zmęczenie i napięcie, jakby dopiero co wrócił z pracy.

– Mamo, co się stało? Wszystko dobrze?

Raisa Nikołajewna tym swoim przesadnie miękkim tonem, którego używała wyłącznie wobec syna, zaczęła przedstawiać sytuację po swojemu.

– Dima, powiedz żonie, żeby opróżniła pokój! Nie jestem już sama, Walentin Pietrowicz się do mnie wprowadza, a Alona się upiera i nie chce się wyprowadzić.

Po drugiej stronie zapadła długa cisza. A potem Dmitrij odezwał się cicho:

– Mamo, poczekaj. Niedługo przyjadę i razem z Aloną się wyprowadzimy. Wytrzymaj jeszcze trochę.

– Nie mam zamiaru czekać! – warknęła Raisa Nikołajewna. – Mam jedno życie i ono nie będzie trwało wiecznie! Chcę żyć normalnie, a nie chodzić na paluszkach po własnym domu. Niech jutro zwolni pokój.

Alona nie czekała do jutra. Spakowała swoje rzeczy, schowała do torby wyniki badań, zdjęcie USG i maleńkie białe skarpetki, które zdążyła już zrobić na drutach. Potem wyszła na klatkę schodową. Zamknęła za sobą drzwi i przez długą chwilę stała nieruchomo, opierając czoło o zimną ścianę. W końcu usiadła na schodku, objęła dłońmi brzuch i ledwo słyszalnie wyszeptała:

– Nie bój się. Niedługo będziemy mieć swój dom.

Następnego ranka wynajęła maleńką kawalerkę na obrzeżach miasta. A kiedy tydzień później Dmitrij wrócił, znalazł je właśnie tam – w ciszy, w skromnym cieple, ale pierwszy raz od bardzo dawna naprawdę same.

– Wprowadzam się do was! – rzuciła teściowa z uśmiechem. – Przecież nie zamieszkam pod mostem…